Witamy w magazynie Playback!     GRAJ Z PLAYBACKU!     Numer 05/2006 (Maj 2006)
REDAKCYJNE                              RECENZJE



  Patryk Zasępa
Kontakt
















































































Pół żartem, pół serio: Po co kupować gry?

Jakiś czas temu (będzie to już 2 lata) postanowiłem zrobić coś szalonego. Wydać 100 złotych na grę. Pomysł był o tyle szalony, że nie należę do tych co szastają kapustą na prawo i lewo. Wolałem inwestować pieniądze w colę, chipsy, książki i moją skromną hodowlę egzotycznych pająków. Jeśli kupowałem narzędzia rozrywkowe w postaci płyt CD, to były to produkty za 30-50 złotych, głównie z oferty Dobrej Gry bądź podstarzałe tytuły.


100 złotych w przeliczeniu na różne waluty wynosiło około 30 paczek chipsów, 60 litrów coli, jakieś 3 dobre książki, 3-4 nowe gatunki w mojej hodowli. Sporo, naprawdę sporo. Muszę tutaj zaznaczyć, że jako osoba poniżej 15 roku życia nie miałem własnego źródła utrzymania, musiałem więc prosić rodziców. Tutaj jednak tkwił główny problem, bo do moich rodziców nie przemawiała ochota ofiarowania mi 100 złotych na "jakąś grę".
"Zapytam się koleżanek z pracy, może syn pani Joli będzie miał tę grę to ci nagra". Widzicie? Własna mama nakłaniała mnie do przestępstwa. Tępienie piractwa będzie chyba bardziej skuteczne, gdy będzie ono zbrodnią na skalę gwałtu. Zresztą nieważne...
Colę zacząłem powoli zastępować dużą ilością herbaty, chipsy dużą ilością frytek (sam robiłem, wychodziło tanio), nie czytałem książek i nie poszerzałem hodowli. Moja skarbonka stawała się pełniejsza w środku, monety ślicznie w niej brzęczały i prosiły: "wydaj nas wreszcie w sklepie!". Wówczas myślałem o chipsach i coli, ale nie... wytrzymałem. Równiutkie 120 złotych w moich rękach.
Wówczas nadszedł czas na pytanie: co kupić? Długo przebierałem w tytułach; czytałem recenzje, ściągałem trailery i dema, ale jakoś żadna gra nie trafiała w moje gusta na tyle, aby wydać na nią okrągłą stówkę. W międzyczasie kupiłem sobie colę i zacząłem myśleć, że może jednak syn pani Joli... W myślach strzeliłem sobie dwa razy w twarz otwartą dłonią za te myśli, uzbroiłem się w 120 złotych (wówczas już 115) i niezwłocznie ruszyłem na podbój Empiku. Stając przed półką z grami czułem się jak w scenie z filmu Walking Tall, tej w której The Rock wpada do kasyna z cedrową pałką i zaczyna rozwalać automaty. Również ciężko oddychałem, przejechałem po półce wzrokiem tylko raz i zdjąłem pierwszy ważniejszy tytuł, jaki wpadł mi w oczy. Idąc do kasy niemal zataczałem się jak pijany, gdy zapłaciłem poczułem, jak adrenalina uderza mi z impetem do głowy. Przez całą drogę do domu wpatrywałem się w zafoliowane plastikowe pudełko. Usiadłem w fotelu i włączyłem komputer. Drżącymi rękoma zdarłem folię, spod której wydostały się zapachy z fabryki, instrukcja w środku pachniała lakierem, a płyty... no, płytami. To było to!
Nie pamiętam co się potem stało, w każdym razie wiem, że było bardzo przyjemnie, na to się chyba mówi, jak mój pierwszy raz. Wierz mi, że gdy kupisz choć jedną oryginalną grę będziesz chciał mieć jeszcze jedną i następne. Z jednego oryginału zrobią się dwa, z dwóch cztery, z czterech siedem... Jeśli sądzisz, że za taką kasę mógłbyś mieć 20x więcej gier... przelicz to na długość :). Pomyślmy, 10 gier w fabrycznych pudełkach na półce zajmuje jakieś 15 do 20 centymetrów! Koperta z płytą za 50 groszy, podpisana mazakiem to 2-3 milimetry. Widzisz o co mi chodzi? Nawet nie wiesz jak okazale wygląda pół metra gier ;). Jakkolwiek mało dumnie brzmiałoby to dla Twoich kolegów niech brzmi dumnie dla Ciebie!
Pudełko z grą... Taka prosta rzecz, a możesz nawet nie zdawać sobie sprawy o ileż to wyłuzdanych doznań zmysłowych może przyprawić Cię tenże prostopadłościan. Te fabryczne opary, jakie wydzierają się na wolność po rozdarciu błyszczącej folii. Możesz się nimi zachłystywać do woli, dopóki całkiem nie wywietrzeją, a dopiero potem spoconymi dłońmi wkładać płyty do napędu.
A spróbuj tylko kupić grę w sklepie internetowym. Wówczas dopiero się przekonasz, jak bolesne może być oczekiwanie na grę, za którą już zapłaciłeś. Nie świadczy to dobrze o sklepie w jakim kupujesz, ale gdy paczka będzie się spóźniać, to dopiero docenisz kawałek plastiku jaki powinien trafić w twoje dłonie. Bite dwa tygodnie gapisz się w okno i z mordem w oczach spoglądasz, jak listonosz mija Twoje mieszkanie i wówczas masz nieodparte wrażenie, że robi to w taki ostentacyjny sposób, jakby zdawał sobie sprawę z tego, że czekasz na grę. Ale prawdziwa granica zniecierpliwienia zostaje przekroczona wówczas, gdy już drżącą dłonią podpiszesz mailonoszowi świstek zaświadczający o tym, że odebrałeś upragnioną paczuszkę, a potem niczym pies za samochodem pobiegniesz do komputera i wrzucisz grę do napędu, a tam...
"Gra nie może zostać zainstalowana z powodu, że Windows lubi doprowadzać użytkowników do skrajnej nerwicy". Windowsowe komunikaty dotyczące błędów brzmią co prawda nieco inaczej, ale mają ten sam sens. Wówczas wyraźnie czujesz, że kaprysy świata zdecydowanie przekroczyły granice Twojej wytrzymałości i jeszcze wyraźnie dały znak, że nie mają wizy, ani tym bardziej paszportu. Masz rację, tego już za wiele! Po kolejnej godzinie prób instalacji owego tytułu i przy okazji oglądania tego samego komunikatu w mniej więcej jednakowych odstępach czasu przychodzi najwyższy czas na "fachową pomoc". W mailu do wydawcy starasz się nie rzucać bluzgami, choć wyraźnie masz ochotę na to, aby przedstawić im swoje uczucia. Ale powstrzymujesz się. W mailu też wyraźnie zaznaczasz, że rozważyłeś wszystkie debilne możliwości typu: "sprawdź czy włożyłeś płytę do napędu odpowiednią stroną". Po okresie od 1-1,5 tygodnia masz wreszcie swoją grę - nie jarasz się już kształtem i zapachami pudełka tylko zdzierasz z frustracją folię i instalujesz program z miną pani od fizyki. Twój narząd słuchowy jest wyczulony bardziej niż zwykle na dźwięk, jaki towarzyszy komunikatom Windows. Gdy gra już się zainstaluje (i gdy nie okaże się, że Twój komputer nie spełnia wymagań sprzętowych*) wówczas naprawdę ją doceniasz. Wówczas masz poczucie, że to, co robisz w tej chwili kosztowało Cię nie tylko X złotych, ale też miliony impulsów, jakie przepłynęły przez ścieżki neuronowe (nerwy, frustracja, itd., łapiecie?).
Jeśli faktycznie nie stać Cię na gry, a w to wątpię, bo jeśli to czytasz, oznacza to, że masz stały dostęp do sieci, możesz zrzucić się z kolegami. Znajdziesz chyba kilka osób, które zrzucą się z Tobą po 15 złotych na jakiś najnowszy hicior? Nawet jeśli nie będziesz mógł go mieć na półce to przecież głównie chodzi o to, abyś sobie pograł.
Mam nadzieję, że ten tekst nakłoni Cię do tego, abyś kupił sobie grę. Nie próbowałem przekonywać Cię w sposób: "kupuj starsze gry, są przecież tańsze", bo nie warto. Wszyscy chcą grać w to co nowe, a najbardziej wszelkiej maści lewusy, które czerpią zyski z piractwa. Kup sobie najnowszy hicior nie czekając aż ostygnie, a jak kolega przyjdzie do Ciebie z czystymi płytami i poprosi o kopię to zagraj mu na nosie.


* Boleśnie się przekonałem o tego typu sytuacji, gdy dopiero po rozpakowaniu zauważyłem takim maleńkim druczkiem napis: "Nie działa z GF4 MX". Żeby było śmieszniej to byłem wówczas pechowym posiadaczem takiej właśnie karty graficznej.

PLAYBACK 2006 Wszelkie prawa zastrzeżone!

O zinie | Kontakt | Współpraca | Redakcja