Różowa Pantera
Są filmy legendarne, na widok których kinomani stają w rządku i zdejmują czapki z głów, na znak olbrzymiego szacunku. Do tego kanonu wpisuje się stara, dobra, Różowa Pantera. Z niemałą radością udałem się do kina przy okazji premiery kolejnej ekranizacji przygód gapowatego policjanta. Dziesiąta część przygód Inspektora Clouseau jest w zasadzie pierwszą, bowiem mamy do czynienia z prequelem, którego akcja rozgrywa się jeszcze przed pamiętnym "Inspektorem Closeau", który zapoczątkował tą komediową sagę w 1968 roku. Tym razem film miał wszelkie zadatki, aby stać się produkcją równie legendarną, jak poprzedniczki. Gwiazdorska obsada - Steve Martin jako znany Nam inspektor, Kevin Kline, któremu powierzono rolę podstępnego Dreyfussa, czy, wreszcie, słodka jak wytrawne, czerwone wino, Beyonce Knowles, która zagrała, no nie zgadniecie, gwiazdę popu. Jedną z głównych ról powierzono jak zawsze nieocenionemu Jeanowi Reno. Rolę twardego, sumiennego gliny lepiej mógłby zagrać już chyba tylko niejaki pan Norris.
Na stadionie, podczas meczu Francji i Chin o wejście do finału mistrzostw, zostaje zamordowany trener reprezentacji żabojadów. Na palcu miał pierścień, w którym znajdował się piękny diament zwany Różową Panterą. Niestety okazuje się, że diament... zniknął. Szef policji, Dreyfuss, zamierza uspokoić media i odwrócić ich uwagę powierzając śledztwo kompletnemu idiocie, zaś sam po cichu, wspólnie ze śmietanką policjantów, detektywów i Bóg jeden wie kogo jeszcze, rozwikłać zagadkę, trafić na pierwsze strony gazet i zostać odznaczonym orderem Legii Cudzoziemskiej. Problem w tym, że trzeba by znaleźć odpowiednio skretyniałego gamonia, którego ograniczony intelekt zapewni intryganta, że ów debil nie posunie się zbyt daleko w śledztwie. Chyba nie muszę mówić, kto zostaje zaangażowany.
Closeau w ramach zachęty zostaje awansowany na Inspektora i otrzymuje pod swoje skrzydła asystenta, który ma relacjonować szefowi jego ewentualne postępy. Różowa Pantera to zwariowana, pokrętna komedia w starym, dobrym stylu, pełna gagów nie z tej ziemi! Scenarzyści doskonale bawią się słowami i bezlitośnie wykorzystują słabość inspektora - wadę wymowy. Poza tym czekają Nas typowe policyjne żarty, niesłuszne podejrzenia i zakręcone pomysły Jaquesa. Oj będzie się działo!
Francuz na swej drodze spotyka wielu podejrzanych i właściwie do samego końca nie wiadomo, kto zawinił. Mimo wrodzonej głupoty, Closeau ma również żyłkę detektywa, która ujawnia się, kiedy najbardziej tego potrzebuje, co wiemy właściwie od samego początku, bo sam film ukazany został jako wspomnienie Dreyfussa. Na film warto zresztą iść dla samej końcówki, która jak nic oddaje ducha oryginału sprzed wielu lat.
Nie mogło oczywiście zabraknąć mini kreskówki z Różowym i inspektorem w rolach głównych. Warto też nadmienić, że żart ciut traci na polskiej wersji przez napisy. Nie chodzi o to, że niektóre żarty spłycono, po prostu zabawniej jest dokładnie śledzić wady wymowy Jaquesa, niźli czytać takie błędy w napisach.
Różowa Pantera nie pozostawiła mnie obojętnym. Podczas oglądania filmu apetyt rośnie w miarę jedzenia, zaś twórcy umiejętnie go zaspokajają. Odniosłem wrażenie, że gagi są naprawdę coraz lepsze! Komedia może nie obowiązkowa, ale bardzo przyjemna w odbiorze. Jeśli nie wiesz na co iść do kina, z pewnością ta produkcja Cię rozweseli i sprawi, że pozbędziesz się kilku złotych uwierających kieszeń.