 |
|
|
Trzej muszkieterowie
Romantyczna Francja to, wbrew pozorom i opowiastkom zasłyszanym od ponętnych, długorzęsych niewiast, nie tylko miejsce francuskiej miłości (czysto platonicznej, ma się rozumieć, recenzję czytają dzieci, świntuchy jedne!), skaczących po talerzach udek oraz rogalików serwowanych w maleńkich kawiarenkach. To także świat pojedynków, mistrzów szpady i celnej riposty. Oto bowiem legendarni Trzej muszkieterowie, Portos, Aramis i Atos raczą się miejscowymi specjałami, a więc czerwonym winem. Inna sprawa, że to dość ciekawa wprawka dla dzieci, dla których gra jest przeznaczona, bowiem jedyną rzeczą, jaką nasz bohater nosi obok szpady, jest dzban niezłego alkoholu. Ale że heros jest pokraczny, ciut zadufany w sobie, a przy tym zabawny i uroczy, to chyba moczymordztwo można mu wybaczyć i wypisać z poczetu wad, nieprawdaż? Nagle do karczmy "Pod Czerwonym Gołębiem", gdzie biesiada się odbywa, wpada zdyszany D'Artagnan i obwieszcza, że podstępny baron Xavier, który wcale nie ma pod sobą grupki lewitujących i ciskających kulami ognia mutantów, jest bowiem typowym fechmistrzem z wąsikiem i ambicjami na "wodza", porywa jedynych strażników ładu i porządku we Francji - muszkieterów. Ponoć towarzyszy mu jednooki Orsini, który prócz głupawego imienia może poszczycić się tym, że wzorem kapitana Haka zamiast dłoni ma... hak. Ciekawe, bo prócz niego ma tam na oko dwumetrowy łańcuch, zaś ręka mniej więcej od nadgarstka jest cała i zdrowa niby gospodarka Finlandii, ale kto by się tam czepiał szczegółów. Nim jednak dialog dobiegnie końca, do gospody wpadają oprychy, oraz dwójka megalomanów we własnej, obrzydliwej, osobie. Rozpoczyna się bójka, w trakcie której Portos wylatuje przez okno niczym gołąbek, dzięki celnej pięści jednego z gwardzistów. Jego przyjaciele zostają pojmani, zaś droga do tronu Francji stoi przed profeso... hrabią X otworem. Co zrobiłbyś na miejscu ostatniego z wolnych muszkieterów?
Zapewne poddał się i uciekł na Jamajkę, jednak autorzy gry słusznie uzgodnili, że bohater powieści Aleksandra Dumasa, a raczej bardzo luźnej adaptacji tejże, nie ugnie się przed obowiązkami i ocali kamratów. I tak rozpoczyna się jego (a więc i nasza) wędrówka, w której przetrzepiemy tyle francuskich zadków, że aż trudno zliczyć by to było kilku finalistom tegorocznego Kangura Matematycznego. Trzej Muszkieterowie to klasyczna gra zręcznościowa w pseudo 2D. Bohaterem możemy bowiem poruszać się wyłącznie w poziomie, choć wiele ujęć i sprytnych sztuczek pokazuje możliwości silnika i przestrzenność lokacji, niektórych elementów otoczenia, czy postaci. Mamy więc do czynienia z gatunkiem wręcz wymarłym, co sprawia, że otrzymujemy rzadką perłę. Całkiem niedawno miałem styczność z cybernetycznym MegaMan X8. Tu blastery, pociski i roboty zastępuje szpada i kilku służalczych gagatków z mieczami. System walki ograniczono do jednego uderzenia, które można w nieskończoność powtarzać. Nie jest to chyba zbyt odkrywcze, ale też Ameryki się po grze nie spodziewałem. Wrogów przyszykowano nam kilka "odmian"- mamy odzianych w błękitne szaty wojowników, których dzielny Portos pokonuje z palcem w nosie i z wykałaczką w zębach, kilkoma machnięciami swego oręża, czerwoni to już wyższa szkoła jazdy i potrzeba uderzać ich odpowiednio dłużej, zaś elitarna gwardia purpurowo-zielonych może już nieco napsuć krwi. Cała sztuka polega na zaatakowaniu w odpowiednim momencie nie za wcześnie i nie za późno. Czasami trzeba działać błyskawicznie, bowiem szarżujący z dzikim rykiem na ustach przeciwnicy są na porządku dziennym. Po drodze zbieramy też monety, za które po przejściu poziomu otrzymujemy kolejne życia i serca podnoszące stan naszej aktualnej kondycji. Czasem, po dokładnych oględzinach i kilku sprytniejszych manewrach natrafiamy na księgi, które, podobnie jak 100 dukatów w kasie, zwiększają liczbę kredytów (czytajcie dzieci, uratuje wam to tyłek w niejednej, trudnej sytuacji - wymowne przesłanie?). Momentami natrafiamy też na duchy, bossów (koncertowo wręcz prostych do pokonania), czy... biegnące prosiaki, na które nie ma rady i trzeba ratować się skokiem w górę. Próbka poczucia humoru twórców? Dobrze, że nie galopujące kurczaki, czy kaczki, przenoszące zarazę, bo zbyt dosadnie ilustrowałoby to polską scenę polityczną i ostatnie choróbsko, które przeraziło cały świat dzięki odpowiedniemu nagłośnieniu sprawy.
Mimo swej pozornej jałowości walka wcale nie nudzi, bo traktujemy ją raczej jako kolejną przeszkodę, czy pułapkę, no i nie dane nam delektować się niedługo, bowiem tytuł można ukończyć w kilka spokojnych wieczorów. Całość potrafi jednak nieźle przytrzymać dzięki mocy wymyślnych pułapek, krajobrazów i pomysłów. Portos w pogoni za hrabią wyruszy do choćby na ponure, przypominające cmentarz błonia, do zamku, czy rozpocznie susy po dachach miasta. Na swej drodze napotkamy przede wszystkim mnóstwo drabin, kolców, zapadni, gigantycznych młotów próbujących nas zgnieść na papkę (to z kolei dowcip dla tych, którzy tak bardzo lubią skracać mój nick), ostrych jak brzytwa tarcz, czy innych, równie wymyślnych sposobów uprzykrzania życia. Dzięki ciekawym sceneriom i coraz to nowym wyzwaniom gra się nie nudzi. Nie powinna sprawić problemu dzieciom, zarówno ze względu na banalną klawiszologię, która poza kursorami obejmuje zaledwie dwa przyciski, jak i poziom trudności. Momentami poprzeczkę ustawiono wyżej, ale, w przeciwieństwie do Megamana, nie ma rzeczy niemożliwych i naprawdę wszystko jest do przejścia. Cóż- nie liczymy na łut szczęścia i nie wzywamy niebios po kolejnym, nieudanym skoku i o to chodziło. Po utracie wszystkich serduszek, które zbieramy również po drodze i których zapas wyświetlany jest u góry ekranu oraz dodatkowych żyć rozpoczynamy z pewnym zapasem poziom od nowa.
Ciężko ocenić, czy zaletą produkcji, która broń Boże nie należy do wysokobudżetowych, jest sympatyczna, kolorowa grafika, która może spodoba się najmłodszym i ma pewien niezaprzeczalny styl, ale zarazem nie należy do śmietanki. Nie powala ona, ale z pewnością przykuwa oko, choć sformułowanie "kanty i ogólne ubóstwo" dość wymownie ją zarazem opisuje. Gra wygląda nieco jak interaktywny komiks, niektóre elementy otoczenia celowo przeniesiono w drugi wymiar, inne zaś są przestrzenne. Efekt zaprawdę niezły. Miłe wrażenie sprawiają też humorystyczne cutscenki. Postaci rysowane specyficzną kreską są pokraczne, że aż miło. Podczas filmików słyszymy JEDYNY (!!) w grze głos. Naszych uszu nie dobędzie Xavier, czy słowa pozostałych muszkieterów. Całość opowiada Portos i to jego monologi będziemy wysłuchiwali. Podczas intra kilkakrotnie zmienia głos, na zasadzie "opowiadanej bajeczki" i przekazywania słów bohaterów pobocznych, swym własnym głosem. Efekt jednak wcale, wbrew logice, nie jest wcale kiczowaty. O muzyce złego słowa nie powiem. Jest naprawdę dobrze, nic nie schodzi poza pewien dobry poziom, zaś niektóre kawałki (choćby motyw podczas skakania po dachach, czy końcowy utwór) to wręcz perełki.
Ciężko powiedzieć, czym zgrzeszyli twórcy Trzech Muszkieterów, Legendo. Być może nie każdemu do gustu przypadnie grafika, która momentami atakuje kantami i przedziwną stylistyką. Animacja postaci nadaje herosom pewnej pokraczności, ale wcale nie jestem pewien, czy był to efekt zamierzony. Innymi słowy pod tym względem jest tyleż nietypowo, co dość słabo. Z pewnością, choć fani docenią nawiązania w cutscenkach do Desperados, czy Metal Gear Solid (po tak zapisanym zdaniu pewne jest, że grę kupi Taikun), pokręcą głową przy wspomnieniu o długości gry. Poza tym widać, co tu kryć, że nie jest to produkcja wysokobudżetwa. Brak tu jakiejś głębi, czy choćby zatrudnienia kilku kolejnych aktorów, by ci tchnęli w postaci nieco więcej charakteru. Niemniej jako przerywnik między poważniejszymi tytułami sprawdza się wyśmienicie. Produkt trzyma gracza momentami w napięciu, innym razem genialnie odstresowuje, a że jest przedstawicielem gatunku-nieboszczyka i sprzedają go za śmieszne pieniądze to tak, jakby kupić do Zoo Tygrysa Szablozębego, płacąc jedynie koszty Transportu z Białorusi (Czarnobyla?) i czekając na napływ złotówek z kieszeni turystów. Świetny biznes, powiadam...
|
 |