Witamy w magazynie Playback!     GRAJ Z PLAYBACKU!     Numer 05/2006 (Maj 2006)
REDAKCYJNE                              RECENZJE



  Mateusz Witczak
Kontakt


Galeria
Kliknij aby powiększyć!











































































Dynasty Warriors 4: Hyper

Setki biegających dokoła, spoconych, skośnookich ludzików, które skaczą sobie do gardeł i wyczyniają takie cuda, że Neo się chowa i drzwi zatrzaskuje? Fantazja mistrza Akiry? Mecz Japonia - Chiny?


Otóż nie, bo oto wielkimi krokami, brudnymi buciorami w świat PCtów wkroczyła czwarta odsłona popularnego cyklu Dynasty Warriors z "czwórką" w tytule i przyciągającym uwagę "Hyperem". Wbrew pozorom nie jest to tytuł-reklamówka pewnego znanego, telewizyjnego widowiska, lecz całkiem udana naparzanka. A i owszem, nie mylą was oczy, to prosta, niemal oldschoolowa rąbanka, do przejścia której wystarczy umysł rozgotowanego ziemniaka, ale każda pyra i ta kochająca gry przygodowe, i nie widząca świata poza RTSami powinna się bawić równie dobrze.

Zacznijmy jednak od początku. Dawno, dawno temu (tu obraz robi się czarnobiały. Wiem, wiem, już użyłem tego patentu, ale szykuje się kolejna retrospekcja) gdy na świecie można było pochwalić się posiadaniem Playstation bez narażania się na salwę śmiechu i komentarze z rodzaju "a dlaczego nie Amiga od razu?" na świat została wydana bijatyka (w tym momencie widzimy dwójką uderzających się po buziuchnach, żółtych wojowników, których skóra jednak, ze względu na przeklęty czarnobiały filtr, jaki konieczny jest w każdej filmowej i growej retrospekcji, wydaje się bielusieńka) o tytule Dynasty Warriors. Nikt nie wróżył, że prozaiczny odstresowywacz doczeka się pięciu (przynajmniej na razie) części, zaś jego charakter zmieni się niemal zupełnie. Obecnie grę porównać można do Lords of the Rings: Return of The King, czy Joanny D'arc. A więc biegamy, kamera zawieszona teoretycznie za plecami, a praktycznie krążącą gdzieś w oddali ukazuje nam naszego herosa i setki (dosłownie) wrogów do odesłania na tamten świat.

Czwarta odsłona to w pewnym sensie powrót do korzeni. Dlaczego? Cóż - grafika przywodzi na myśl właśnie Playstation... ale pierwsze. Modele jeszcze jakoś dają radę, choć jak się im przyjrzeć to i tak człowiek pragnie, aby parafrazując pewien znany horror ten-koszmar-się-skończył. Za to reszta prezentuje się obrzydliwie - płaściutka bitmapa udająca podłoże, kanciaste konie i słonie, oj, źle się dzieje w państwie japońskim. Niech was jednak grafika nie zniechęca, bowiem grywalności tu wiadra, których próżno szukać w innych produkcjach.

Rzecz rozgrywa się wokół rewolty żółtych turbanów (nawiasem mówiąc autentycznego, chłopskiego powstania). 3 różne organizacje, na których czele stoi trzech wojowników angażują się w spór z różnym skutkiem. I tak możemy albo obronić ludzi przed uciskiem i wizytować zakłady pracy, tudzież gnębić wieśniaków i, w końcu, przejąć władzę nad światem (a w każdym razie nad jego częścią). Z tej przyczyny aby dokładnie, w stu procentach, przejść grę potrzeba ukończyć około piętnastu poziomów każdą z trzech frakcji, a że później pojawiają się nowe, niedostępne wcześniej, zabawa jest naprawdę bardzo długa, zaś rozmaite tryby tylko ją przedłużają. Choć początkowo wybieramy zaledwie spośród dziewięciu wojaków, ich liczba szybko rośnie, do starych ugrupowań dołączają się nowi ludzie, a z biegiem czasu, jak pisałem, możemy też przejąć kontrolę nad kolejnymi armiami i ich generałami. Daje to imponującą liczbę 40 unikalnych wojowników, walczących różnymi stylami i brońmi. Są tu zarówno niedźwiedziopodobne grubasy, które ryczą i szarżują niby potężny Ursus, jak i umięśnieni wirtuozi miecza, czy piękne, hojnie obdarzone przez natury, kuso odziane panny na kilku indywidualnych indywidualnościach skończywszy. Zapewniam, że żadna dwójka nie jest identyczna i gdy zaczniesz przechodzić grę po raz kolejny, innym herosem, nie będziesz się wcale źle bawił.

Esencją gry są walki. Tu nie ma miejsca na długie rozmowy, akrobacje, czy inne ekstrawaganckie "cuda". Przez cały czas po prostu sieczesz i rąbiesz co się pod rękę nabije i do podłogi nie jest przybite, od czasu do czasu przypadkiem wpadając w swoich żołnierzy (których nigdy nie rozróżniałem, ale, na szczęście, nie mogą oni od gracza oberwać). Prostota to największa siła Dynasty Warriors. Co prawda oprócz ciebie walczą też inni oficerowie i armie, ale to tylko pozory. Tak naprawdę w obliczu zagrożenia jesteś niemal zupełnie sam, zaś pozostali wojacy to tylko statyści, którzy niby coś tam robią, ale cóż z tego? Zabawa polega jednak nie tylko na szatkowaniu szeregowców, ale również na walce z kapitanami. Na każdej, bez wyjątku, mapie. Zabawa kończy się dopiero, kiedy "best of the best", jaśnie pan dowódca, padnie plackiem na pola ryżu. Do tego czasu korzystnie jest rozgromić kilku oficerów, gdyż dają oni bardzo wiele doświadczenia (a używanie na nich combo w widoczny sposób jeszcze ten zysk zwiększa). Po pokonaniu ich oddziały stają się słabe i nie stanowią większego zagrożenia. Tak więc zgodnie z mapą, do której możemy w każdej chwili zajrzeć biegamy pieszo, jeździmy na koniu, lub słoniu i atakujemy w dowodzących, zaś grupa naszych doborowych podkomendnych, która składać się może maksymalnie z ośmiu wojowników/wojowniczek, trzyma całe tatałajstwo na dystans z nader różnym skutkiem. Od czasu do czasu, wrogi oficer umożliwia nam załatwienie sprawy szybko i wyzywa na pojedynek. Jeśli wyzwania nie przyjmiemy - gra toczy się dalej. Ale jeśli nie odmówimy... Przenosimy się wraz z wrogiem na arenę, na której wykorzystując wszelkie nabyte ciosy specjalne, walczymy na śmierć i życie. Daje to możliwość załatwienia sprawy w kilka sekund i prosto, ale ryzyko porażki, również istnieje, zaś, co gorsza, po pewnym czasie, jeśli obaj wojownicy pozostaną na macie, pojedynek kończy się nierozstrzygnięty. Niekiedy aby otworzyć bramę trzeba też ukrócić byt któregoś ze strażników, którzy są nieco lepsi niż zwykłe mięso armatnie, ale też nie stanowią wyzwania jak oficerowie. Skoro o systemie walki mowa, to jest on nader prosty i oferuje zaledwie trzy uderzenia. Zwykłe, specjalne i "kończące", które to możemy użyć gdy naładujemy nasz wskaźnik many, nazwanej tu musou. Jak nietrudno się domyślić, możemy go podbić przez włajanie przeciwnikom ile się da, lub też pobierając beczek i urn, które często są zbawieniem na polu bitwy, gdyż znaleźć w nich możemy uzdrawiające udźce, butelki regenerujące nadwątlone zdrowie i musou, cebule (hmmm...), oraz beczułkę, która podnosi już tylko stan many. W zasadzie niekiedy znajduje się też strzały. Tak, w Dynasty Warriors 4 można pobawić się w łucznika, ale to, najzwyczajniej w świecie, nie ma sensu i wkrótce tak każdy w końcu wpakuje się w tłum i da ponieść walce. W zasadzie potyczka jest i owszem, niczego sobie, a przy tym świetnie zrealizowano patent z ciosem kończącym, bowiem gdy nasze życie bliskie jest zeru, moc tegoż wzrasta, a my podpalamy i powalamy przeciwników na deski, ale samych combo jest odrobinkę za mało. Jasne, że możemy łączyć ciosy w speciale, które dają zgoła inny efekt i uśmiercać naprawdę efektownie, ale nie pogniewałbym się, gdyby ten system jeszcze nieco rozbudowano. Wszak gra ta to jedna, wielka jatka.

W zasadzie próbowano również wcisnąć elementów tą właśnie "jatkę" odrobinę elementów znanych z gier RPG. Po pokonanych dowódcach pozostaje miecz podnoszący na stałe atak, lub tarcza dodająca punkt obrony. Co więcej, korzystne jest zabijanie jak największej liczby wrogich żołnierzy i oficerów, gdyż przydaje nam to doświadczenia, wraz z którym zwiększa się siła naszych uderzeń. Podobnie awansują nasi przyboczni. Jakby tego było mało, od czasu do czasu natrafiamy na przedmioty, które przydają nam jakiś talent, lub polepszają umiejętności. Jest w czym wybierać!

Zastrzeżenia można mieć do jazdy na koniu (i słoniu). Właściwie tego, że galopujemy prawie nie czuć. Japończycy powinni pograć nieco w Gun z Neversoftu, gdzie jazda konna to prawdziwa przyjemność. Walka na wierzchowcu jest zupełną głupotą, gdyż słabe i niecelne uderzenia nie robią wrażenia na skośnookich hordach. Z trąbowatymi jest nieco lepiej i potrafią zajść za skórę. Po pierwsze trudniej zrzucić z takiego grzbietu wroga (i nas, gdy środek transportu przejmiemy), po drugie zaś szarża na słoniu doskonale osłabia przeciwników i wparowanie w mały oddział błyskawicznie go rozbija. Wierzchowców mamy 4 rodzaje- po dwa konie (zwykły i specjalny, na którym jeżdżą co to większe szychy) i tyleż słoni. Najciekawsza jest z kolei perfekcja, jaką posługują się tymi dobrodziejstwami obcy generałowie. Pod koniec gry, gdy pojawiają się szare giganty, potrafią oni tak przygwoździć, że naprawdę mózg w poprzek staje, gały wychodzą na wierzch, a serce jak na dłoni (tak wyskakuje z piersi). Urodzeni jeźdźcy, nieprawdaż?

Poza głównym trybem mamy też cały szereg pobocznych - przez Versus, w którym możemy zarówno potłuc się z kolegą na niewielkiej arenie, jak i w magazynie pełnym skrzyń z power upami, jak i choćby pobawić się w eskortę (wóz jedzie ulicą. Bronisz go przed wrogimi żołnierzami i zarazem musisz myśleć o tym, jakby tu przebiec na drugą stronę i nieco zniszczyć dorobek drugiego gracza). W trybie wyzwań bawimy się w zrzucanie z platformy nadciągających hord (trudne to to i dość wkurzające, odradzam!), jak najszybsze zabicie wszystkich na planszy (to już ciekawsze. I adrenalinka rośnie!), czy pokonanie większej liczby przeciwników niż rekordziści. Ogółem zabawy kupa i DW4 śmiało stanowić może przerywnik pomiędzy poważniejszymi produkcjami. Tym bardziej, że takich gier się już na komputery osobiste nie robi. Mały apel do dystrybutorów - zainteresujcie się tą produkcją w klimatach kraju kwitnącej wiśni, bowiem tak dobrego relaksatora nie było dawno.

  Dynasty Warriors 4: Hyper                                                                                            OCENA
  Grywalność: 8   Grafika: 6   Dźwięk: 7           8
  + Prosta i przyjemna. Żadnych udziwnień.
  + Dwie grywalne postacie.
  + Nowe ruchy i akrobacje.
  + 40 różnorodnych postaci!
  + Dłuuuga.
  + Tryb dla dwóch graczy (na podzielonym ekranie, ale zawsze).
  - Oprawa rozczarowuje. .
  - System jazdy konnej.
  - Odrobinkę za mało kombinacji uderzeń.


PLAYBACK 2006 Wszelkie prawa zastrzeżone!

O zinie | Kontakt | Współpraca | Redakcja