Powiem wprost, takich "prezentów" wręcz nie znoszę. I wcale nie dlatego, że gatunkowy mix nie trafił w mój gust, a raczej z powodu straszliwych cierpień, które towarzyszą pisaniu tego tekstu. W moim głębokim przekonaniu Tennis Manager to zabawka dla nikogo, gra, o której nie mogę powiedzieć ani jednego, ciepłego słowa i aplikacja, która gwałciła moje zmysły już od pierwszego spotkania "sam na sam". I w sumie już na tym etapie moglibyśmy zakończyć całą recenzję i w żałobnej ciszy udać się w kierunku innych, zdecydowanie ciekawszych zajęć. Niestety, mnie płacą za przedstawienie własnych opinii… a gdy płacą, to i wymagają wywiązania się z umowy. Mają serca z kamienia, ot co!
Jeśli myślicie, że to już koniec narzekań na dziś, to tkwicie w ogromnym błędzie. Wszystko przez tzw. "pierwsze wrażenie", o którym od zawsze mówiło się, że bywa najważniejsze. Tak było i tym razem. Gdy uruchomiłem program po raz pierwszy i przebrnąłem przez prymitywny do bólu ekran ładowania, omal nie spadłem z krzesła. Muzyka, która wydobyła się z moich głośników odcisnęła piętno na moim umyśle… osobiście obawiam się, że moje życie nigdy już nie będzie takie samo. Podobne sytuacje przywykłem nazywać "traumatycznymi przeżyciami", lecz jednocześnie dziękuję Bogu, iż nakazał utworzenie opcji "Quit Game". Tylko ona uratowała mnie przed trwałym uszczerbkiem na zdrowiu…
Po odłączeniu głośników z kontaktu i powrocie do gry, zapoznałem się z dalszą częścią mego przeznaczenia. Cóż mogę powiedzieć? Tennis Manager już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie produkcji mega-niskobudżetowej, wyglądając niczym bardzo kiepska i bardzo marna prezentacja w Power Poincie. Kilka przycisków ułożonych obok siebie, zielona trawka jako tapeta i dwa, poziome paseczki to niestety wszystko, co może upiększyć naszą najbliższą zabawę. Że mało, ubogo i żałośnie? A kogo to obchodzi? Na pewno nie twórców. Reszta okienek to natomiast Excel w czystej postaci, aczkolwiek ukazany w o wiele brzydszej formie, aniżeli pozostała menadżerska brać. Oj, panowie - nawet z pakietu MS Office można wycisnąć więcej!
Rozgrywkę rozpoczynamy naturalnie od stworzenia unikalnych postaci - menadżera oraz tenisisty, tudzież tenisistki. Zanim wejdziemy na drogę, prowadzącą do wiecznej chwały, ustalić musimy wzrost naszego bohatera, rozdzielić punkty pomiędzy najważniejszymi jego cechami, a nawet zobrazować w 2D, w jaki sposób ma - w przybliżeniu i z przymrużeniem oka - wyglądać. Opcji jest oczywiście znacznie więcej, jednakże mnie - osobie, która tenis wyłącznie czasem ogląda, i to najczęściej w TV - niewiele one mówiły. Proces całej tej, pożal się Boże, kreacji przebiega niestety dość nużąco i, jeśli mam być wobec Was szczery, mam nadzieję, że już nigdy więcej do niego nie powrócę. To jakaś farsa…
Kiedy już nasz sportowiec ujrzy światło dzienne, możemy z czystym sumieniem rozpocząć karierę prawdziwego zawodowca. Brzmi pięknie, prawda? Szkoda tylko, że całość ogranicza się do kilku brzydkich tabelek i ikonek, nieintuicyjnych opcji i bezsensownych pomysłów. Cała gra toczy się tak naprawdę wokół czterech przycisków - przejścia do następnego tygodnia oraz rankingów, rozkładu jazdy turniejów i spraw menadżersko-finansowych. Przez pierwsze kilka minut w ogóle nie wiedziałem, co twórcy Tennis Managera mieli na myśli, tworząc swój "hit". Gdy już zrozumiałem, poczułem się mocno oszukany, tak, jakby ktoś wbił mi nóż w plecy… Swoją pracę rozpoczynamy od opieki nad tenisistą, organizowaniem sparingów, treningów i wysyłaniem go na przeróżne turnieje. I już na tym etapie zaczynają się schody, bo owe zadanie nie należy wcale do najłatwiejszych. Jeżeli którakolwiek decyzja zostanie podjęta zbyt pochopnie, a treningowy reżim nieodpowiedzialnie rozplanowany, nagle okaże się, że nasz zawodnik nie jest w stanie rozegrać ani jednego meczu, padając z wycieńczenia lub przegrywając niczym Polska reprezentacja w eliminacjach do Mistrzostw Świata - w iście żenującym stylu.
Chcąc odnieść sukcesy na arenie międzynarodowej pamiętać musimy również o wielu innych czynnikach, korzystnie lub nieco gorzej wpływających na naszego wychowanka. Zmuszeni jesteśmy zapisywać grajka do etapów kwalifikacyjnych, by następnie zobaczyć go w prawdziwych turniejach. Zanim jednak zdecydujemy się wysłać pupilka na kort, warto rozważyć wszelkie za i przeciw. Albowiem długie podróże kosztują doprawdy ogromne pieniądze, w których posiadaniu wcale być nie musimy, a przy okazji bardzo źle wpływają na formę zawodnika, straszliwie go męcząc. W turniejach, mimo wszystko, grać warto, bo to nasze jedyne źródło dochodów i splendoru, który spływa nie tylko na zwyciężającego, ale i jego wiernego menadżera. A gdy mamy kasę, mamy dosłownie wszystko - chętnych do współpracy sportowców i sponsorów, rozbudowane centrum treningowe i całą masę najlepszych w branży pomocników.
Czas choćby na chwilę przenieść się do nieco weselszych spraw i milszych wiadomości. Tennis Manager oferuje nam bowiem pokaźne zatrzęsienie licencjonowanych turniejów, prawdziwych nazwisk i rzeczywistych kortów. Nie spodziewałem się tego po grze, kosztującej ledwie 30 złotych, jak i po tak niszowym produkcie w ogóle. Jest Ana Ivanovic, jest Maria Sharapova, Federer i mnóstwo innych, mniej lub bardziej znanych zawodników. Oprócz tego "zagramy" też w znanych z telewizji turniejach, robiąc to przy okazji na wielu rodzajach kortów. I gdyby nie ogólna jakość produktu, najwierniejsi fani zapewne skusiliby się na podobny flirt z ukochanym sportem. W tej sytuacji jednak, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko odnotować pierwszy i chyba ostatni plusik dla Tennis Managera.
O grafice i udźwiękowieniu już się wypowiadałem i wolałbym nie wracać ponownie do tych koszmarnych wspomnień. Zwróćmy wszak nasze oczy ku polskiej wersji językowej, wykonanej tym razem z niespotykaną wręcz finezją. Odzwierciedleniem pracy włożonej w lokalizację niech będzie zakładka o wymownej nazwie "Pomocnicyeee", w której niespodziewanie odnajdziemy naszych asystentów. Głodni większej liczby kwiatków? Jeśli lubicie podobne zagadki, to już za 29 złotych otrzymacie doskonałą zabawę.
Jakby to wykrzyknęła Pani Frał z "Włatców Móch" - "Apokalipsa!". I ciężko nie zgodzić mi się z tym stwierdzeniem, bo Tennis Manager to kiepski i na swoje szczęście "tani" dowcip, który ukazał się wyłącznie po to, by frustrować recenzentów, czyli ludzi takich, jak ja. Beznadziejny pomysł, tragiczne, a chwilami nawet żałosne wykonanie i nuda wkradająca się do każdego momentu rozgrywki są znakami szczególnymi tej produkcji. Tych traumatycznych przeżyć nie wynagrodzą nawet licencje, którymi to gra została wypchana po brzegi. To po prostu za mało, by ktokolwiek czerpał z Tennis Managera już nawet nie przyjemność, a jedynie chęć do wciśnięcia jednego z czterech magicznych przycisków - na przykład tego z przypisem "kolejna tura"…

