Tak jak ostatnio dostajemy do ręki parę krótkich opowiadań i jedno dłuższe, tytułowe. Cóż, od samego początku byłem zdania, że formy krótsze są dla Wędrowycza najkorzystniejsze, więc zacząłem kręcić nosem. Zaczęło się jednak z grubej rury, bo oto Lucyfer i św. Piotr zaczęli zastanawiać się, co zrobić z duszą egzorcysty. Mimo iż motyw w humorystycznych opowiadaniach wszelkiej maści jest już oklepany (fani Lobo, o ile jeszcze ktoś prócz mnie się ostał, wiedzą o co chodzi), to brawa dla Pilipiuka za to, że nie pozwolił czytelnikowi tego zauważyć. Następnie wyruszamy w podróż w czasie (pierwszą, ale nie ostatnią), a na koniec wraz z pijanym weterynarzem uśmiercić pewnego… aktora. Wszystkie trzy teksty są świetne, bez dwóch zdań z najwyżej półki jakubowych przygód.
I w tym miejscu kończą się przystawki, a zaczyna danie główne - Homo Bimbrownikus. I pacyfikacja Dębinki. Osady skądinąd dobrze znanej z bojów toczonych między jej mieszkańcami a Jakubem, teraz nawróconej, ochrzczonej i pod kontrolą Oficjum. W ogóle warto zauważyć pewną ciekawostkę - znajdziemy tu nawiązania do paru śmiesznych rzeczy czy niektórych książek naszej polskiej fantastyki. Bo przecież banda wikingów na motorach coś nam przypomina.
Niestety sztandarowa część książki jest już tak absurdalna i bezsensowna, że - naprawdę! - ma się wrażenie, jakby Pilipiuk kompletnie przesadził. Zdaję sobie sprawę, że to przedziwny zarzut, ale do tej pory żaden Wędrowycz nie był napisany tak bardzo na siłę. To widać od pierwszej do ostatniej kartki. Ogólny zarys historii nie jest aż tak zły, ale Jakub rzucający "naukowymi" terminami to coś, co nie pasuje, prawda? Tak samo nudzi końcówka, gdzie co dziesięć stron następuje cudowny zwrot akcji, dzięki któremu główni bohaterowie spod deszczu dostają się pod parasolkę, zaraz jednak składaną przez pisarza i znowu nad ich głowami zbierają się mocno burzowe chmury. Pilipiuk zaś nie jest aż tak świetnym pisarzem, by można było rozróżnić takie elementy jak narracja - od początku serii do Homo Bimbrownikusa jest taka sama. To cecha czysto rzemieślnicza, z czego zresztą autor jest znany.
Mam mieszane uczucia. Zdecydowanie dwie ostatnie części przygód Jakuba są słabsze od początkowych, jednak to nadal ten sam Wędrowycz i Semen. Dobrze także dla samego autora, że wrócił do tego, co zdecydowanie idzie mu najlepiej. Książka już raczej dla fanów, niezaznajomieni zaś z prozą i humorem Pilipiuka powinni zacząć od Kronik czy Czarownika Iwanowa, ostatecznie Zagadki Kuby Rozpruwacza. Ta część bowiem nie zrobi z nich wyznawców kultu naszego swojskiego pasożyta społecznego.

