Niejaki Sean MacArthur (Channing Tatum) handluje podrobionym towarem w centrum Nowego Jorku. Pewnego dnia próbując opchnąć egzemplarz Harry'ego Pottera i Hipopotama dochodzi do bójki między młodzieńcem a okolicznym bossem. Szczęśliwym trafem, zajście obserwuje łowca talentów - Harvey. Ten proponuje mu udział w walkach ulicznych, w których wygrana jest naprawdę spora. W krótkim czasie wychodzi na jaw życiorys Seana i oprócz walki z kolejnymi przeciwnikami, przyjdzie mu zmierzyć się z własną przeszłością. Całość przyprawia urocza Zulay, u boku której czuwa jeszcze bardziej urocza babcia.
Niestety scenariusz jest dość prosty, a co gorsza przepełniony nieścisłościami. Podobnie jak i w Po prostu walcz Jeffa Waldowa pojawia się tu wątek miłosny, ale w zasadzie to jedyna rzecz, która łączy oba te filmy. Nie ma tutaj żadnych morderczych treningów, nie licząc kilku pompek wykonanych w pustym pociągu. Zabieg ten był raczej zamierzony, jednak widz może zachodzić w głowę, jak bez ćwiczeń można w miarę upływu czasu walczyć coraz lepiej. Do tego twórcy dysponowali wieloma pomysłami, które pozostały niespełnione. Jak choćby końcówka, mająca zapewne mnie zaskoczyć, wywołać radość, jednak ukazano ją zbyt obojętnie, by mogła wzbudzić we mnie cokolwiek. Podobnie było kiedy Zulay, oblubienica Seana, taiła przed nim znajomość z Harveyem (zresztą zupełnie bezsensownie) i sama nie wiedziała dlaczego ją ukrywała… Tego typu błędów znalazłem zdecydowanie więcej, a całość okazała się przewidywalna i nadto banalna. Ludzie szczęśliwym trafem znajdowali się miejscach, do których trafiali korzystając z książki telefonicznej, a biorąc pod uwagę jaki to Nowy Jork jest mały, wcale to nikogo nie dziwiło.
Bawi mnie szczęście i przeznaczenie jakie wszystkich spotyka. Harvey chcąc przedstawić Seanowi pewne persony wystarczy, że przejdzie na drugą stronę ulicy, ci zaś potulnie na niego czekają. Inni w tym samym momencie podjeżdżają pod sam nos Harveya, by się przywitać. Podobnie było kiedy nasz zakochany główny bohater, co rusz spotykał swą boginię Zulay, obwiniając za to niesforny los. Poza tym wstępnie planowano stworzyć jakiś groźny świat ulicznych bójek, ale skończyło się na tym, że pomimo drobnych waśni, wszyscy się w głębi duszy kochali. Harvey kłócąc się z kimś, wytykał mu, jaki jest niegrzeczny i, że tak brzydko się nie postępuje. I mówi to, przypominam, łowca bokserskich talentów, mający znajomości z brutalnymi organizatorami walk.
Bezsprzecznie najbardziej w tym wszystkim komiczni okazali się aktorzy. Channing Tatum, w roli głównej, wysławiał się jakby miał wiecznego kaca, także strach pomyśleć co by było, gdyby go rzeczywiście miał. Często zachowywał się jak takie duże dziecko, które nie do końca wie co ze sobą zrobić. Nie tylko on - Terrence Howard (znany ostatnio przede wszystkim z roli Jima w Iron Manie) jako Harvey, miał okrutnie niedołężny sposób bycia, jakby na każdym kroku przepraszał, za to, że żyje. Z kolei wszystkie napotkane kobiety były ładne i puściutkie, tylko jedna Zulay stała się perełką w całym tym undergroundowym świecie (jej babci nie liczę).
Na szczęście film oprawiono bardzo pozytywną muzyką, która mi osobiście wpadła w ucho. Są to utwory przeważnie mało znane, ale warte polecenia, jak choćby The Freaky Girlz w wykonaniu Pmg, czy bardziej popularne Gotta Work Amerie.
Od samych walk wymagałem więcej. Sean zaledwie cztery razy stoczył bój o pieniądze, gdzie za pierwszym razem wyręczyła go umywalka. Tylko pod koniec filmu raz wstrzymałem oddech, ale to zdecydowanie za mało. Plusem natomiast jest to, że potyczki odbywają się tutaj na śmierć i życie, nie ma żadnego cackania się, żadnych zasad. Jednak i w tym aspekcie coś jest nie tak - bohaterowie mają ciała ze stali, toczą się po ostrych kantach, rozwalają metalowe meble, zaś to szkło lęka się ich, nie oni szkła… Szwankuje praca kamery, która jest wówczas zbyt chaotyczna, także kilka razy musiałem szukać wzrokiem jakiegoś obiektu, na którym mógłbym skupić uwagę.
Po wyjściu z kina czułem się tak obojętnie, jakbym w ogóle w nim nie był. Zastanawiałem się, czy kino familijne na Polsacie bardziej mnie zainteresuje. I nie rzecz w tym, że nie lubię takich filmów, ale po prostu wieje tu taką bezcelowością, że oczywiste jest, iż o tym filmie za tydzień nie będę pamiętał. Choć twórcy, sami o tym nie wiedząc, poruszyli temat klasy wyższej, która to upaja się widokiem wojujących gladiatorów. Wbrew pozorom od czasów starożytnych igrzysk nie wiele się zmieniło.
*przybyłem, zobaczyłem, uciekłem

