Dzięki wydanemu w 2008 roku Soulstorm, świat podstawowej edycji W40k rozszerzył się o dwie nowe, wojownicze rasy - fanatyczne Siostry Bitwy z zakonu Adepta Sororitas oraz plugawych Mrocznych Eldarów (Elfów), żywiących się duszami zabitych przeciwników, stając się jednym z najbardziej rozbudowanych, growych uniwersów. Bitewne Siostry wniosły odrobinę piękna do świata bestialstwa i zepsucia. Mroczni Eldarzy, druga z nowych ras, to propozycja dla fanów ciemniejszej strony rzeczywistości.
Co stanowi, a raczej stanowiło o pięknie i magii produkcji spod znaku W40k: Świt Wojny? Genialna fabuła w trybie single player z akcją (i jej zwrotami) ocierającą się o filmowość na miarę CoD 4. Tak było niestety tylko do pierwszego dodatku (Winter Assault), po którym developerzy zmienili całkowicie koncepcję rozgrywki wrzucając nas na planszę w stylu stareńkiego Riska. Kosmiczną epopeję z burzącymi wewnętrzny spokój zakończeniami każdej z opowieści zmieniono na kosmiczne szachy, a raczej niedopracowane, zabugowane warcaby.
I nie inaczej jest tym razem. Dwie nowe rasy, do tego zmagania na układzie planetarnym Kaurava. Tak, nie przesłyszeliście się. Możemy poruszać swoimi armiami (a raczej jedną armią do wyboru z dziewięciu ras) po czterech planetach i trzech księżycach. Łącznie - 31 terytoriów do podbicia. Wygląda to może nawet całkiem nieźle, ale w praniu sprawdza się średnio. Mozolne przemieszczanie się po kolejnych terytoriach, starcia trwające nawet do dwóch-trzech godzin na jednej mapie, a potem okazuje się, że wrogie wojska atakują nas od tyłu. Kilkanaście godzin gry (dodajmy: z każdą godziną coraz bardziej nudnawej) na marne. Inaczej mówiąc, całkowita odwrotność serii Total War z akcentem na aspekt strategiczny i szybkimi lub nawet automatycznymi bitwami. Tutaj wrzuceni zostajemy w uproszczony schemat pola bitwy z mozolnymi planszami, które nierzadko przyjdzie nam odbijać po kilka razy, i szczątkową fabułą. Ta pojawia się tylko przy okazji ataku na bazę danej nacji i sprawia wrażenie wyjątkowo wymuszonej. Brak tu tej finezji i świetnych dialogów z pierwszych dwóch części.
Zanim zaczniemy dalej marudzić, przyjrzyjmy się na moment nowym jednostkom. Do dyspozycji w trybie single wszystkie poprzednie armie (Imperialni Gwardziści, Orkowie, Nekroni, Marines Chaosu, Kosmiczni Marines, Eldarzy oraz Tau) wzbogacone o jedną, nową jednostkę, na dodatek latającą. Do tego dwie nowe rasy. Siostry Bitwy czerpią swą moc z wiary i kapliczek budowanych na zajmowanych punktach terenowych, a ich najsilniejszą jednostkę stanowi Żyjąca Święta, przypominająca jako żywo archanioła z Heroes of Might and Magic V. Mroczni Eldarzy to całkiem inna para kaloszy. Mroczne, żądne krwi jednostki, torturujące jeńców dla ich dusz. Mniam. Do tego silna piechota. Wychy, wojowniczki wprowadzające wojska w szał bitewny i obniżające morale wroga, Gnębiciele z podręczną bronią artyleryjską, Bestie Spaczni i Haemonkulusy, przy których Hannibal Lecter to niewinny ptaszek.
Dwie świetne rasy, ale… czy nie za późno? Już w chwili swej premiery gra raziła swoim anachronizmem i ubogą oprawą audio-wizualną. Szczególnie tą drugą. Grafika niemalże nie zmieniła się od 2004 r. Przy Company of Heroes czy DoW 2 gra wygląda już jak staruszek. Co najbardziej denerwuje? Brak możliwości oddalenia kamery - ta ustawiona jest stanowczo zbyt blisko pola bitwy. Eh, można tylko pomarzyć o widoku strategicznym znanym z SupComa. Po drugie, ograniczona ilość jednostek i długi czas ich budowy - po pewnym czasie zaczyna nam brakować wojsk na kilku liniach frontu. Dalej, samych jednostek też jest nie wiele. 10 piechoty, 5 pojazdów.
Wszystko to mógłbym wybaczyć, gdyby gra posiadała wciągająca, nieziemską fabułę, czyli taką jak w pierwszej odsłonie Sagi. Niestety, samo podbijanie dla podbijania zaczyna nudzić się już po dwóch, trzech wymuszonych starciach. Powiem wprost. WIEJE NUDĄ, a do gry zmuszał mnie tylko obowiązek redaktorski. Czym innym jest multi, ale nawet tutaj wiele osób narzeka na "zniszczenie" gry przez developerów kolejnymi patchami. Sfera audio? Nic nadzwyczajnego. Intro? Podobnie.
Warto za to dodać, że gra, podobnie jak Dark Crusade, wydana została jako dodatek samodzielny, nie potrzebujemy pozostałych by cieszyć się możliwością poprowadzenia wszystkich ras w trybie single. W multi już tak wesoło nie jest. Potrzebne są klucze z poprzednich części do odblokowania wprowadzanych przez nie nowych ras.
Zawiodłem się. Gra nic nadzwyczajnego sobą nie prezentuje. Jest to raczej typowy produkt komercyjny przeznaczony w moim odczuciu tylko i wyłącznie dla fanów rozgrywek multi (a tu i tak osobiście wolę Company of Heroes z dodatkiem Na linii frontu). Inni zaczną ziewać po kilku godzinach męczarni… Czas na Dawn of War 2!
