Tool to zjawiskowy zespół. Nie gra muzyki lekkiej i łatwej, trudno też usłyszeć ich utwory w komercyjnych rozgłośniach. Nie jest to jednak przeszkoda do sprzedaży milionów płyt na całym świecie. Przygotowanie nowego materiału trwało pięć lat, a przez tak długi okres apetyty słuchaczy zdążyły bardzo urosnąć. Na nowej płycie znalazło się 11 kompozycji. Większość z nich trwa około ośmiu minut, co razem daje ponad 75 minut muzycznej uczty. Jest to płyta bardzo osobista - tytułowe dziesięć tysięcy dni to w przybliżeniu 27 lat, czyli tyle, ile czasu sparaliżowana matka wokalisty i autora tekstów spędziła przykuta do łóżka. Inne nawiązania do tego wydarzenia odnaleźć można w tekstach, np. Wings for Marie (part 1 i 2).
Miarowe uderzenia perkusji, ciężkie riffy i głęboka linia basu. Tak rozpoczyna się Vicarious, pierwszy utwór na płycie. Wprowadza słuchacza w mroczny i wielowymiarowy świat wykreowany przez Jamesa Maynarda Keenana i spółkę. Mocne wejście rozkręca się jak rozszalała burza z piorunami i zasypuje słuchacza kanonadą dźwięków. Przytłaczające uderzenia nie pozwalają się zorientować, kiedy przeszliśmy do drugiego kawałka - Jambi. Mocnego grania ciąg dalszy. Kawałek jest jeszcze bardziej rozbudowany. Krótkie, połamane riffy stanowią jednostajny podkład dla tego utworu. Następują częste zmiany tempa, spokojne i powolne momenty przeplatają się z dynamicznymi gitarowymi wejściami. Nie zabrakło też klimatycznej solówki. W siedmiu minutach udało się zawszeć cały reperuar emocji. Moim zdaniem to prawdziwa perła w koronie, której można słuchać bez końca. Vicariuous i Jambi -to muzyczny duet, który można próbować rozdzielić, jednak najlepiej brzmią jako całość.
Mamy więc dwa mocne, metalowe utwory na dobry początek. Słychać, że Tool podąża ścieżką wytyczoną na poprzednich płytach. Pierwsze piętnaście minut materiału minęło bardzo szybko. Kolejne nagrania utrzymane są w podobnej stylistyce, ale nie można mówić o schematyczności. Agresywny, wręcz wykrzyczany The Pot stanowi zakończenie pewnego rozdziału. Wspaniale współgra ze sobą wokal Maynarda i dźwięki instrumentów, tworząc idealną symbiozę.
Kolejny utwór, Lipan Conjuring, to w sumie tylko przerywnik, ale bardzo istotny. Indiańskie motywy muzyczne i śpiew niczym z tańca starego szamana, który zaklina deszcz, wprowadzają nas w drugą część 10.000 days. Rozpoczyna się nowa podroż, będąca kontrapunktem dla pierwszej, agresywnej części albumu. Kolejne kompozycje są delikatniejsze i nie tak szybkie jak wcześniejsze. Ze względu na hipnotyzujące melodie i wykorzystanie etnicznych instrumentów połączonych z wyszeptanymi tekstami można poczuć więcej przestrzeni. Rozmyte odgłosy sączą się leniwie z głośników, dając słuchaczowi czas na odpoczynek i ukojenie.
Dwa oblicza płyty tworzą nierozerwalną całość niczym koncepcja yin i yang. Podobnie jak w chińskiej filozofii elementy mroczne przenikają się z jasnymi, agresywne ze spokojnymi, niepokojące, połamane riffy z indiańskimi bębenkami a szepty z krzykami. Wszystkie składniki zebrane razem stanowią o sile i wyjątkowości tego wydawnictwa. Oczywiście można słuchać pojedynczych utworów, ale prawdziwa magia ujawnia się w całości.
Ciekawie przedstawia się także warstwa tekstowa. Horyzonty myślowe Maynarda są szerokie i dzięki temu znalazło się miejsce dla gorzkiej refleksji o ludzkich zachowaniach i ich potrzebach we współczesnym świecie. Do tego dochodzi oryginalne potraktowanie miłości i osobiste przemyślenia związane z matką. Liryki nie są podane wprost. Należy doszukiwać się sensów poprzez umiejętne odczytywanie metafor i porównań oraz odwoływać się do kontekstu. Dzięki takim zabiegom treści są wielowątkowe, pozwalają na mnogie interpretacje i nabierają wartości uniwersalnych. Polecam słuchać dokonań kapeli na dobrym sprzęcie lub słuchawkach, aby móc wychwycić wszelkie niuanse i smaczki. Warto sięgać do tej płyty wielokrotnie, nie tylko ze względu na bardzo wysoką jakość dźwięku. Przy każdym kolejnym odtworzeniu docierają do naszych uszu nowe detale wzbogacające estetyczne doznania.
Nie pokuszę się na ocenianie, czy ta płyta jest lepsza, czy gorsza od poprzednich dokonań kwartetu z miasta aniołów. Każda jest znakomita, choć każda jest inna. Mógłbym jeszcze długo próbować tworzyć peany na cześć 10.000 days, ale tak naprawdę trudno w słowach oddać przeżycia towarzyszące słuchaniu tej płyty. Trzeba samemu sprawdzić dzieło Toola. Jedno jest pewne - nie zawiodłem się na tej płycie. Absolutny Must have!
Tracklist:
1. Vicarious
2. Jambi
3. Wings For Marie (Pt.1)
4. 10,000 Days (Wings Pt.2)
5. The Pot
6. Lipan Conjuring
7. Lost Keys (Blame Hoffman)
8. Rosetta Stoned
9. Intension
10. Right In Two
11. Viginti Tres
