Casey jest zwykłą nastolatką wychowywaną samotnie przez ojca. Jej matka popełniła samobójstwo, gdy dziewczyna miała zaledwie kilka lat. Od tego momentu Casey nie potrafi sobie znaleźć miejsca w świecie. Pewnego dnia nachodzi ją przerażający sen, w którym widzi bladego chłopczyka oraz psa w masce. W dodatku, na sam koniec wykopuje z ziemi martwy płód. Ten sam koszmar powraca coraz częściej, a Casey zaczyna spotykać postacie z niego w rzeczywistości.
Trudno uwierzyć, że guru producentów horroru - Michael Bay - zainwestował w Nienarodzonego. Pomysł Goyera może był dość intrygujący, ale scenariusz został zrealizowany w sposób karygodny. Najbardziej rzuca się w oczy sztampowość wykorzystywanych pomysłów. Opowieść jest niebagatelną kopią najbardziej znanych produkcji kina grozy. Inspiracje takimi obrazami jak Dziecko Rosemary, Omen czy Egzorcysta są tutaj zbyt widoczne. W dodatku wyskakujące demony przypominają marną podróbkę monstrów z Silent Hill, które wydobywają z siebie odgłosy niczym duch z serii Klątwa.
Jakby tego było mało, twórca idzie po jak najmniejszej linii oporu. Symbolika sił zła i dobra jest tak stereotypowa, że ciężko się solidnie przerazić. Goyer chyba uważa swoich widzów za mało ambitnych nastolatków, którzy wystraszą się, kiedy z nieznanych przyczyn nagle gaśnie światło. Te prymitywne aluzje są jednak przyozdobione skomplikowaną historią, w której promowane są przedmioty żydowskiego folkloru. Dlatego też nagminnie pojawia się istota dybuka oraz rabina obeznanego w egzorcyzmach. Najwyraźniej film miał w zamiarze w domyśle zmniejszyć poziom antysemityzmu i pokazać efekty prac ekumenicznych Kościoła.
Jakkolwiek wszystkie wątki są wytłumaczalne, tak zakorzenianie ich w II Wojnie Światowej było fatalnym posunięciem. Nie dość, że przez to cała opowieść popada w jeden ogromny absurd, to jeszcze motyw holokaustu jest już tematem mocno wypranym w horrorach i całość sprawia wrażenie niesamowicie nudnej historii. Nudnej, a przez to nieprzerażającej. Oto bowiem kolejny grzech hollywoodzkiego kina grozy nagminnie powtarzający się w kolejnych obrazach. Ciekawe, kiedy to się skończy.
Jedyną zaletą Nienarodzonego jest główna aktorka. Atrakcyjna Odette Yustman (gwiazda Projekt: Monster) często paraduje w bieliźnie, co z pewnością przykuje oko męskiej części publiki. Kobiety jednak też znajdą coś dla siebie. Oprócz Cama Gigandeta (czyli Jamesa ze Zmierzchu) na ekranie pojawia się również Gary Oldman w roli rabina. Szkoda tylko, że ich role są wyjątkowo nierozwinięte. Cam, grający chłopaka Casey, jest niewyrazisty, a kreacja Oldmana niewiarygodna. Wszystko dlatego, że scenariusz nie pozwala im pokazać swoich ról przejrzyście. Są ograniczeni przez naiwną historię i zaledwie epizodyczne role.
Goyer nie jest dobrym twórcą kina grozy. Świadczy o tym Nienarodzony oraz jego wcześniejsze obrazy. To on jest bowiem odpowiedzialny za Niewidzialnego oraz trzecią częścią Blade'a. Od tego samego autora wszyscy fani X-Menów zobaczą również niebawem Genezę: Wolverine. Czy uda mu się zrehabilitować po tak marnych filmach? Ciężko powiedzieć. Mówi się, że do trzech razy sztuka, więc szansa Goyera najprawdopodobniej już przepadła.
