Część pierwsza była dość poczytna i przystępna, skierowana raczej do młodszych odbiorców. Podobnie było z kontynuacją, która nie odbiegała zbytnio stylem od poprzedniczki. Seria opowiada o losach młodego chłopaka o imieniu Eragon, żyjącego w fantastycznym świecie, Alagaësii. Po różnych psikusach losu, nasz bohater zostaje jednym z ostatnich Smoczych Jeźdźców - starego, dawno wymarłego zakonu. Szybko Eragon wchodzi w kontakt z Vardenami, rebeliantami walczącymi z tyranią imperatora Galbatorixa. O oczywistych i wyraźnych "zerżnięciach" z filmowej trylogii Gwiezdnych Wojen wspomnę jeszcze później…
Brisingr to ciąg dalszy historii obalania imperatora i właściwie tym stwierdzeniem można zakończyć opis fabuły. Pod względem rozwoju wydarzeń jest to najgorsza z trzech części - zupełnie nic się nie dzieje, no, może za wyjątkiem ostatnich kilkudziesięciu stron. Akcja rozpoczyna się kilka dni po Bitwie na Płonących Równinach, znanej z części drugiej. Eragon wyrusza z kuzynem Roranem do wieży Ra'zaców, by odbić porwaną narzeczoną krewniaka. Po różnych perypetiach dostajemy także jedną większą bitwę, kilka mniejszych zwrotów akcji… i właściwie to by było tyle. Paolini rozpisuje się na wieleset stron o tym, jak to bohater siedzi z przyjaciółmi przy ognisku albo spaceruje po wiosce. Wydarzenia wloką się niemiłosiernie, jakby na siłę były wydłużane. Muszę przyznać, że autor zrobiłby o wiele lepiej kończąc tym tomem serię, zamiast czynić z niego niejako prolog do właściwego zakończenia.
Dziedzictwo jak było adresowane do młodszych odbiorców, tak wciąż jest. Opisy przeżyć postaci są strasznie ubogie, a realizm zachowań i reakcji stoi na poziomie baśni, a nie fantasy. O ile u Tolkiena taki zabieg tworzył świetny klimat, to tutaj nie jest to już tak pasjonujące. Poza tym te słodkie i kolorowe sceny przeplatają się z głowami niemowląt ponabijanymi na pal, więc nie bardzo rozumiem, w jakich odbiorców chciał trafić Paolini. Cała reszta wad, jak nielogiczności i naiwność fabuły, to już błędy przeniesione z poprzednich części.
Na szczególną uwagę zasługuje jednak brak oryginalności w wykreowanym przez Włocha świecie. Idealną analogią jest porównanie do fabuły filmów George'a Lucasa. O tych podobieństwach można mówić godzinami: Brom - Kenobi, Jeźdźcy - Jedi, Oromis - Yoda, Galbatorix - Palpatine, Murtagh - Vader itp. Jakby tego było mało, połowa zwrotów akcji z Dziedzictwa ma swoje odpowiedniki w Gwiezdnych Wojnach… podświadoma inspiracja czy świadome żerowanie?
Wszechobecna nuda potęgowana jest przez totalny zastój w fabule. Kampania Vardenów nie porusza się znacząco, wątek miłosny stoi totalnie w miejscu, a sam Eragon praktycznie się nie rozwija. Jednym z nielicznych plusów powieści jest lekka zmiana psychiki Saphiry - autor nadał jej zapędom nieco brutalności i agresji. Od samego początku serii drażniła mnie "matczyność" smoczycy - to w końcu wielka bestia czy starsza siostra bohatera? Brakowało mi różnic w pojmowaniu świata przez nią i ludzi. Paolini próbował to osiągnąć, jednak były to zabiegi kosmetyczne - tym razem kilkukrotnie obserwujemy wydarzenia oczami Saphiry i trzeba przyznać, że jest ciekawie. Całkiem zgrabnie autor prezentuje też historie Rorana, który wpada momentami w ideał średniowiecznego rycerza, walcząc o wartości i życie bliskich… Z czasem jednak zaczyna się zachowywać, jakby polubił wojaczkę. Co do samej walki, jest jej zdecydowanie za mało, a jak już ją dostajemy, to jakaś ona taka mało soczysta - więcej tu podchodów i kombinowania.
Brisingr wciąż jest dość naiwną i nieskomplikowaną powieścią fantasy dla dzieci. Nie wymaga od nas żadnego myślenia, zgrabnie czerpie z wzorców umieszczonych w uznanych dziełach. Taka przyjemna fantastyka na kilka wieczorów, która jednak wieje straszną nudą. Nie ma ani jednego momentu, w którym czulibyśmy jakieś większe emocje, ponieważ fabuła się ślimaczy. Coś zaczyna się dziać dopiero pod koniec książki, jednak to zdecydowanie za późno. Werdykt? To samo co przedtem, ale dłuższe i zdecydowanie bardziej nudne. Ale co bym nie napisał, to fani serii i tak po Brisingra sięgną. Nie zrozumcie mnie źle, czyta się to znośnie - pozostaje jednak pytanie: po co?
