|
Kilka
dni temu w Internecie opublikowano wersję
demonstracyjną Star Wars: Empire at War. Miliony
fanów, a wraz z nimi ja ostrzyły sobie na to
demo żeby już od dłuższego czasu, a teraz...
No właśnie, teraz wyją do nieba, o jak najmniej
nużące bekanie do 16 lutego . ;)
Jednak przejdźmy do rzeczy. Pierwsze co rzuca się
w oczy, to wielkość tego dema. Ma ono przeszło
780 megabajtów, a przy tym po instalacji zajmuje
półtora giga! Być może to już standard, ale
ja, sporadyczny użytkownik dem jestem tym faktem
wielce zaskoczony. Po zainstalowaniu okazuje się,
że gry odpalić nie mogę. Powód? Brakuje
jakiegoś pliku dll. Dokonałem reinstalacji
– bezskutecznie. Zapytałem więc
redakcyjnego kolegę Papkina, co należy uczynić.
Powiedział, że natrafił na ten sam problem i że
ma rozwiązanie. Otóż należąło ponownie
zreinstalować grę i po czym przeinstalować
DirectXa. Cóż... Bynajmniej zadowolony nie byłem,
jednak ku mojej uciesze gra uruchomiła się i mogłem
zacząć grać.

Zacząłem od opcji. Ku mojemu zdziwieniu program
wyprorokował, że na mojej maszynie (Pentium 4
2Ghz, 256Mb RAMu, GeForce 3 Ti200 – czyli
nie aż taki dinozaur) gra może działać tylko w
najniższych ustawieniach. Oczywiście wyśmiałem
te bzdury i ustawiłem dla przekąsu (a jakże)
detale na najwyższe. Ciekawostka – gra mnie
olała i uznała, że jestem chyba jakimś idiotą,
bo oprócz rozdzielczości to innych ustawień do
wiadomości nie przyjęła. Hm.
Lekko zdziwiony przystąpiłem do gry.
Powitało mnie menu wyboru kampanii. Dostępna była
tylko jedna, demowa, w której na dodatek gra się
Rebelianckim ścierwem! Dla takiego imperialisty
jak ja była to wielka zniewaga, lecz grę
przetestować trzeba. Rzeczona kampania dość
prosta – muszę dysponując jedna bazą na
planecie Hoth pokonać imperialną flotę koło
jakichś asteroidów po czym zaatakować Tatooine.
Fanom tłumaczyć dalej nie trzeba, a nie fani
raczej niewiele mają tu do szukania, więc dalej
w to zgłębiać się nie będę. Dość powiedzieć,
że wpierw trzeba zbudować flotę.
Tak więc klikami na zimowy glob Hoth. Z menu
„kosmicznych jednostek” wybieramy
odpowiednie statki. Oczywiście w demie nie było
dostępu do wszystkich, ale były te najbardziej
popularne – X-Wing, Y-Wing, taka fregata no
i statek, którym Leia leciała na samym początku
Nowej Nadziei. Nasza flota spokojnie się
produkuje w stosownej kolejce, a tymczasem
dostrzegam drugie menu jednostek tym razem... Lądowych!
Oprócz tego można postawić na naszej planetce
jakieś budowle. No to co? Budujemy! Kilka
regimentów piechoty, jakiś czołgi, artylerię.
Piknie. Żeby nam się nie dłużyło możemy
wybrać opcję przyspieszenia – czas będzie
płynął dwa razy szybciej.
Kiedy flota nam już się zbuduje, za pomocą kółeczka
w myszcze oddalamy widok od globu w kosmos.
Zaznaczamy gwiezdną eskadrę i przeciągamy tam,
gdzie chcemy żeby poleciała. Chłopaki wchodzą
w nadświetlną i po chwili wpadają na imperialne
statki... Wraz ze stacją kosmiczną. Zaczyna się
zabawa – pokazuje się panel gotowości do
bitwy. Klikamy i wzium! Oczom naszym ukazuje się
kosmos, asteroidy i nasze statki. W tym właśnie
momencie gra przeistacza się w typowego RTSa.
Zaznaczamy jednostki i wyruszamy na poszukiwanie
wroga. Kiedy już wypatrzymy pierwszą zbliżającą
się eskadrę Tie Fighterów...

... Zakochuję się w tej grze! Wszystkie statki
automatycznie otwierają ogień ze wszystkich dział
zasypując wroga deszczem laserów. Myśliwce
zbijają się w kupę, latają, wymijają się,
siedzą sobie na ogonie... Po prostu miód, cud i
malina. Dalej jest tylko lepiej – oto zbliżają
się dwa Star Destroyery i otwierają ogień do
naszej flotylli. Rozpoczyna się jatka totalna,
zupełnie jak na filmach! Jednak by przechylić
szalę zwycięstwa na naszą stronę możemy kazać
naszym podopiecznym zniszczyć określone podzespoły
wrogich statków. Przykładowo, rozwalimy im
silniki – będą stać w miejscu,
wyeliminujemy generator osłon – będą łatwym
celem do ataku i tak dalej. Dobry patent, można
to porównać do hitboxów z FPSów.
Gdy już dobierzemy się do stacji kosmicznej
zaczynają się schody. Otóż grając na najniższych
możliwych detalach zniszczenie jej jest niemożliwe.
Nie pytajcie dlaczego – nie wiem tego... Po
prostu nie da się zniszczyć „pozespołu”
hangaru. Pociski latają wokół niego i nie zadają
obrażeń. Ciężka sprawa. Pomogła instalacja na
lepszym kompie (Pentium 4 2,4Ghz 512 RAMu i
GeForce 5900 XT). Kwestię stacji rozwiązałem w
kilkadziesiąt sekund.
Pora więc może powiedzieć coś o grafice
– toć grałem na najwyższych detalach.
Powiem wprost, nie jest to grafika na poziomie Age
of Empires 3... Ale w moim osobistym przekonaniu
sprawia lepsze wrażenie. Być może dlatego, że
mamy tu do czynienia z technologią przyszłości
(w grze), a właśnie efekty specjalne robią
tutaj największe wrażenie. Wszelkie wybuchy, dym
czy laserowe strzały wyglądają olśniewająco.
Równeiż animacja nie zawodzi – wielkie
AT-AT poruszają się wręcz genialnie
(niezgrabnie i fajtłapowato jak w filmie).
Pora wspomnieć coś o bitwach naziemnych. Moim
zdaniem nie są one aż tak spektakularne jak te w
kosmosie, ale mają tez swój uroczek. Zaczyna się
od tego, że na planecie ląduje jeden nasz
pluton, zajmuje jeden z control pointów na mapie
(jest kich koło 3-4) co daje nam możliwość
wezwania wsparcia. Lądują kolejne czołgi,
piechota i reszta po cyzm przystępujemy do ataku
lub... Opanowania reszty control pointów. Bo im
więcej ich mamy, tym więcej możemy wojska
przyzwać. W każdą bitwę wkrada się nieco
chaosu – wszyscy strzelają, miotają się,
ktoś mi wbiega między czołgi – co jest
grane?! Mamy na szczęście opcję aktywnej pauzy
gdzie wszystko można na zimno przekalkulować.
Zbliżając się powoli do puenty pozwolę sobie
wspomnieć co nieco o dźwięku. Marsz Imperium w
głównym menu dobrze mnie nastawił do tej gry, również
inne, star warsowe sample. Odgłosy znane nam z
filmu, co do głosów postaci tez nie mam zastrzeżeń.
Jest dobrze, bardzo dobrze.
Ogólnie rzecz biorąc Star Wars: Empire at War
prezentuje się być dobrym, oldschoolowym RTSem,
przy którym planuję spędzić wiele
nieprzespanych nocy. Tak więc suponuję 16 lutego
udać się do sklepów i dokonać zakupu –
po demie jestem już teraz tego niemal całkiem
pewien!
Kroenen
|