|
W
długiej historii komputerów powstało bardzo dużo gier
ekonomicznych, lecz tylko kilka z nich na stałe zapisało
się w naszej pamięci. Jedną z tych "wiecznie żywych"
jest Theme Hospital - tajkun, w którym wcielamy się w
rolę kierownika szpitala.
Naszym podstawowym zadaniem w grze było stworzenie
sprawnie funkcjonującego ośrodka medycznego, w taki
sposób by utrzymać poziom naszych finansów powyżej
zera, zyskać opinię najlepszego szpitala i tym samym
wykosić konkurencję, a następnie czekać, aż
zainwestowane pieniądze zwrócą się i spłyną do
portfela. Ponadto po drodze ku ostatecznemu zwycięstwu
należało realizować przeróżne mniejsze zadania -
zyskać dominację w kwestii uleczonych pacjentów,
wykurować określoną ilość chorych czy zdobyć dobrą
opinię publiczną i profesjonalny personel.

Pierwsze etapy rozgrywki były stosunkowo łatwe -
wszystko toczyło się według prostego schematu - budowa
szpitala, zatrudnienie wykwalifikowanych pracowników i
czekanie, aż pogłowie chorych znacznie zmniejszy się w
okolicy. Dalej jednak zaczynały się schodki, nie zawsze
potrafiliśmy sprostać chorobie - czasem trzeba było
zaryzykować, innym razem „wynaleźć” w
specjalnym gabinecie nowe środki leczenia, zadowolić
odwiedzającego akurat szpital VIP’a czy podołać
krytycznej sytuacji, w której w ekspresowym tempie należało
pomóc sporej liczbie chorych.
W każdej misji tytułowy szpital musieliśmy wybudować
od nowa - wszystkie gabinety (a tych prawdziwa mnogość,
na dodatek z każdym etapem nadal ich przybywało) - służące
do postawienia diagnozy lub przedsięwzięcia kuracji po
zwykłe pomieszczenia sanitarne, wypoczynkowe. Co
dziwnego - dziesiąte rozmieszczanie pod rząd tych
wszystkich sal nigdy się nie nudziło - ba, był to
jeden z najbardziej wciągających elementów gry!
Kolejnym ważnym zadaniem nowego managera było
zatrudnienie odpowiedniej załogi - miła i sprawnie działająca
pani z załogi, woźny, który sprawi, że kwiaty zawsze
będą świeże, a sprzęt szpitalny sprawny, pielęgniarki
i na samym końcu - lekarze. Ci ostatni byli również
podzieleni na specjalizacje (np. chirurg, psychiatra).
Oczywiście im wyższe były umiejętności każdej z
jednostek, tym lepiej, ale należało się też liczyć z
większymi kosztami. A fachowcy bardzo często domagali
się wysokiej podwyżki...

Ale co to za szpital bez chorych? No, tych na szczęście
- dla gracza - raczej nie brakowało. Bullfrog, autorzy
gry, postarali się o długą listę chorób, z którymi
będziemy mogli (lub nie!) uporać się w naszych
gabinetach. Pacjenci grzecznie ustawiają się w
recepcji, korzystają z poustawianych na korytarzach ławeczek,
spacerują korytarzami. Ich stan zdrowia mogliśmy
obserwować na bieżąco. Często też przyszło nam
samym - a nie lekarzom - podjąć decyzję o kuracji.
Theme Hospital posiadał jeden, bardzo duży atut -
mianowicie gracz „uczył się” kierować
szpitalem z etapu na etap, dzięki czemu jego umiejętności
rosły wraz z poziomem trudności. A ten - z początku łatwiutki,
powoli przeradzał się w prawdziwe wyzwanie! Pacjenci
coraz częściej wybierali konkurencję, zaczynało tym
samym brakować środków, czasem zdarzały się zgony,
klęski żywiołowe (np. popularny etap, na którym dość
często dochodziło do trzęsień ziemii). Wtedy właśnie
najczęściej poza typowo twórczym podejściem, należało
zmienić się w ekonoma, który...
... zaciągał w banku pożyczki. A następnie spłacał
je, oczywiście odpowiednio oprocentowane. Pod względem
finansowym brakło więc udziwnień i komplikacji.
Dodatkowo na dalszych etapach jeden lokal szpitalny nigdy
nie wystarczał do zapewnienia sprawnej opieki medycznej.
Na szczęście zawsze można było dokupić nowe tereny,
które nie były jednak bezpośrednio połączone ze
startowym szpitalem.
Theme Hospital pod względem graficznym w dzisiejszych
czasach prezentuje się fatalnie... Prawdą jest jednak,
że dla kogoś kto nie zwraca uwagi tylko na oprawę
audiowizualną nie stanowi to wielkiej różnicy. Gra
prezentuje się sympatycznie - grafika jest nieco
karykaturalna, bardzo zabawna. Genialnie wyglądają
chorzy pacjenci, czy lekarze przy stole operacyjnym. W
1997 roku gra z pewnością zrobiłaby furorę. Zaraz,
moment. Przecież zrobiła!
|