Recenzje

Autor tekstu: PIRX
Gatunek: survival horror
Producent: Konami
Dystrybutor: CD Projekt
Wymagania:
procesor 1GHz, RAM 256 MB, grafika 32 MB

Silent Hill 4: The Room

Harry Townshend stał bez ruchu i nasłuchiwał. Słuch od kilku dni stał się jego głównym sprzymierzeńcem. To właśnie ten zmysł pomagał mu przetrwać w świecie, w którym znalazł się w nieznanych dla siebie okolicznościach i gdzie nic nie było normalne. Cisza. 

 

Cisza tak przeraźliwa, że jego umysł wibrował w poszukiwaniu jakiegokolwiek dźwięku. Ostrożnie rozejrzał się wokół i po chwili do jego świadomości dotarło, że znajduje się w podziemnej hali peronowej metra. Panujący półmrok nie pozwalał na dokładne zlustrowanie pomieszczenia, wobec czego Harry skierował się w prawo. Po chwili oczy przyzwyczaiły się do otoczenia i mógł teraz rozróżnić poszczególne kształty. Zrobił kilka kroków i jego oczom ukazał się stojący skład wagonów metra z pootwieranymi drzwiami. Na posadzce peronu, tuż przed drzwiami oznaczonymi numerem 13 zauważył wielką ciemną plamę. Harry wyjął z kieszeni zapalniczkę, zapalił i oświetlił płomieniem to miejsce. To, co wcześniej było tylko ciemną plamą teraz okazało się wielką kałużą krzepnącej krwi. KRWI! Harry poczuł się niedobrze, wnętrzności podjechały mu do gardła i natychmiast wróciło uczucie, z którym nie rozstawał się od kilku dni. Strach. Tak, Harry bał się, bał się jak jasna cholera i nie było nic, co mogło by to uczucie rozproszyć!



Koszmar wrócił! Kolejna odsłona kultowej serii wirtualnych horrorów „Silent Hill” autorstwa specjalistów od straszenia zatrudnionych w studiu Konami jest dostępna dla rzeszy fanów tego gatunku rozrywki. Zawsze przed pojawieniem się kolejnej części tej serii zadaję sobie pytanie, czym znowu zaskoczy mnie gra, czy dalej będzie doskonałym „straszydłem” zawierającym mnóstwo pytań ukrytych w zagadkach, o mrocznym do bólu klimacie i jak co najważniejsze różnić się będzie od tych części, które już znamy. Czy odpowiedź na te pytania będzie pozytywna zależy to tylko od użytkowników, czyli Nas – mniej, lub bardziej zajadłych Graczy.

„Silent Hill: The Room” jest zdecydowanie inny od poprzedników. Autorzy postanowili zmienić konwencję gry i czy zabieg ten został z  pożytkiem zrealizowany to już sprawa do dyskusji. Osobiście mam wątpliwości, szczególnie mając w pamięci poprzednie części, które „zgrałem” do przysłowiowych okładek pudełka, w które były zapakowane. Tytułowy „Pokój” lokalizuje punkt startowy do rozgrywki. I tu pierwsze zaskoczenie, gdyż akcja gry nie została ulokowania w dobrze nam znanym  miasteczku „Silent Hill”, z jego niepowtarzalnym klimatem grozy i wszechobecnych mgieł, lecz Ashfield. Miejscowość ta oddalona jest zaledwie o kilka kilometrów od gniazda zła wszelkiego, co jak widać nie ma dla niego żadnego znaczenia. To nie koniec niespodzianek. Nie będzie nam dane w trakcie gry eksplorować tego nowego miejsca, jako że punktem wyjścia i wejścia jest właśnie pokój, w ledwo, co zasiedlonym mieszkanku naszego bohatera Harrego Townsheda. Jakim miejscem jest Ashfield będziemy mogli tylko zobaczyć z okien mieszkania, które jako się rzekło pełnić będzie funkcję kwatery głównej i jednocześnie magazynu, że o funkcjach czysto rekreacyjnych nie wspomnę. Kolejna nowość to kamera, gdyż w mieszkaniu tylko i wyłącznie dostępny jest widok z pierwszej osoby. Pomysł niezły, gdyż pozwala na dokładne poznawanie tego miejsca, odkrywanie wskazówek przydatnych dla rozgrywki, czy też wykonywanie taka banalnych czynności jak podglądanie przez otwór w ścianie sąsiadki, lub spoglądanie przez wizjer w drzwiach wejściowych. Z reguły staram się nie opisywać szczegółowo przebiegu rozgrywki, niemniej w wypadku tego tytułu zrobię mały wyjątek. Harry po przebudzeniu w trakcie wykonywania codziennych czynności, które są takie same pod wszystkimi szerokościami geograficznymi odkrywa szereg dziwnych zmian we własnym mieszkaniu, których dzień wcześniej nie było. Okazuje się, ze sprawny wcześniej telewizor zamienił się w kupę szmelcu wydającą z siebie denerwujący szum, na ścianie livinroomu pojawił się wizerunek męskiej twarzy, niekoniecznie przystojnej i jak by było tego wszystkiego mało w łazience pojawiła się dziura w ścianie. Dziura bardzo istotna jest! Dlaczego? Ona właśnie będzie spełniała rolę „kanału komunikacyjnego” i przez nią właśnie przemieszczać się będzie nasz bohater do poszczególnych lokacji. Jest jeszcze jedna istotna rzecz związana z tym otworem w ścianie, mianowicie w trakcie postępu w grze będzie się on powiększał i to właśnie przez niego do mieszkania przenikać będzie ZŁO. Jest jeszcze jeden zupełnie oczywisty powód, dla którego Harry będzie zmuszony do przemieszczania się tym „kanałem”. Nasz bohater po przebudzeniu zastanie swoje drzwi wejściowe do mieszkania zamknięte od WEWNĄTRZ łańcuchami wesolutkim napisem wykonanym czerwonym pisakiem o treści „ nie wychodź – Walter”. Kim jest Walter? Ta wiedza jest przed nami. W miarę gry okaże się, że zabieg z widokiem „z oczu” jest przemyślany. Pozwala on na lepsze niejako „wczucie się” w skórę bohatera, gwarantuję Wam, że nie raz poczujecie się zaszczuci i osaczeni. W lokacjach zewnętrznych kamera pracuje w dobrze nam znanym widoku z trzeciej osoby. W tej opowieści towarzyszyć nam będą tylko trzy postacie. Pierwsza z nich to nasza sąsiadka Eileen Galwin, sympatyczna z gruntu osóbka, którą przyjdzie nam chronić, a i ona w sytuacjach nazwijmy to „gardłowych” odpowiednio wyposażona w sprzęt niekoniecznie służący do celów pokojowych udzieli nam wsparcia. Pozostałe dwie to porzucony chłopiec i tajemniczy mężczyzna.  Z ich obecności wynikać będzie wiele okoliczności, które nieraz Was zaskoczą. W trakcie gry zauważycie, że w tej części „Silent Hill” Autorzy zmienili koncepcję użytkowania inventory, czyli naszego schowka na przedmioty. Harry niejako „przy sobie” może mieć tylko dziesięć przedmiotów i co gorsze, przykładowo paczka amunicji do posiadanej broni „artylerii” liczy się jako jeden. Rodzi się, zatem konieczność przechowywania przedmiotów w innym miejscu, niż własne kieszenie. Do tego celu służyć będzie skrzynia w mieszkaniu Harrego. Jest to rozwiązanie moim zdaniem dosyć uciążliwe, gdyż wymusza na Graczu nieustanną kontrolę nad ilością posiadanych przedmiotów i konieczność czasami zupełnie niepotrzebnego podróżowania do mieszkania i z powrotem. Parę razy sam „śmigałem” do mieszkania poza planem rozgrywki, w sytuacji znalezienia większej liczby przedmiotów w penetrowanej lokacji, aby je „zabunkrować”. Co do wyposażenia w  „narzędzia” służące do eksterminacji przedstawicieli sił zła, to w tej odsłonie „Silent Hill” mamy do czynienia z niewielką ilością broni palnej, natomiast jako uzupełnienie będą nam służyły różne proste przedmioty jak kije do baseballa w kilku rodzajach, kije golfowe, czy też zwykły kawałek chamskiej rury. I to będzie musiało wystarczyć! Przeciwników jest mrowie, o bossach nie wspominając, tak, że „robótek ręcznych” czeka nas moc. Na tym zakończywszy wątek prac fizycznych przechodzę do jakże miłych dla każdego „silentowca” rozkoszy łamania głowy. Zaskoczeniem dla mnie było, że Autorzy gry zrezygnowali z kilkustopniowej gradacji w określaniu trudności zagadek, tak jak to miało miejsce w poprzednich częściach  „Silent Hill”. Do tego jak na mój gust jest ich trochę za mało. Ten zabieg niestety odbył się z wyraźną szkodą dla gry, wszak zagadki to sól opisywanej serii gier. Tym bardziej, że ucierpiała fabuła i grywalność. Wielka szkoda! Mimo tego potknięcia Twórców gry parę razy przeżywałem na zmianę fale zwątpienia i desperacji. Dość powiedzieć, że w jednym miejscu i nie powiem Wam Ludkowie Mili w którym, tak szpetnie się „zatrybiłem”, że spędziłem tam siedem – SIEDEM  dni! Generalnie rzecz ujmując, nowa część kultowego dla mnie „Silent Hill” spełniła moje oczekiwania, jeśli chodzi o fabułę i grywalność. Aby nieco, powybrzydzać powiem, że gra mogłaby być dłuższa, niewiele tak o jakieś 100%, ale ja zawsze z żalem, że to już koniec kończyłem rozgrywkę. Skoro już zahaczyłem o temat finału to godzi się wspomnieć, że „Silent Hill: The Room” zależnie od poziomu dokonań gracza dysponuje czterema zakończeniami, podzielonymi na dwie równe grupy: pierwsza zawiera mniej, lub bardziej pozytywne, druga natomiast umiarkowanie złe i bardzo złe. To piękna „marchewka”, która niejednego Gracza zdopinguje do kilkakrotnego przejścia gry. Bezspornym jest fakt, że jest to też świetna rekompensata za „haracz” zapłacony w kasie w chwili zakupy gry.

 


Co można powiedzieć o wykonaniu gry? To, co zwykle, jeśli chodzi o produkty Konami ze sławnej serii „Silent, Hill”, czyli świetnie z tendencją wzrostową. Oprawa graficzna tradycyjnie na wysokim poziomie. Brak, co prawda lokalizacji związanych bezpośrednio ze spowitymi gęstymi mgłami ulicami Silent Hill, tego kipiącego podskórnym szaleństwem i grozą klimatu, ale cóż zrobić, taka była wola autorów. Mam cichą nadzieję, że klimaty te powrócą w części piątej! W zamian otrzymujemy z wielką starannością wykonane lokacje, z dopracowanymi szczegółami wręcz z benedyktyńską dokładnością. Modele postaci to już popis plastyków i programistów z Konami. Są po prostu świetne i  aby to ocenić trzeba to zobaczyć na monitorze, żaden nawet najlepszy screenshoot nie oddaje w całości ich urody. Animacja ruchu postaci jest wręcz rewelacyjna, postacie poruszają się bardzo naturalnie. Kilkakrotnie „przechodząc” tę grę nigdzie nie natrafiłem na błędy w funkcjonowaniu oprawy graficznej.

Nie inaczej jest z dźwiękiem. Efekt pracy specjalistów tej branży jest sam w sobie doskonałością. Muzyka nierozerwalnie jest związana z klimatem gry. Do tego dochodzi olbrzymia gama różnych efektów dźwiękowych, od ludzkiej mowy po strzał z rewolweru, które pojawiają się pięknie wkomponowane w bieg zdarzeń w grze. Co ja mówię! Samo warczenie zmutowanych psów może przyprawić o więcej, niż gęsią skórkę w miejscu, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Postacie w grze także otrzymały glosy nie tylko korespondujące z ich wyglądem, ale i rolą, jaką odgrywają w grze. To jest efekt pracy wirtuozów z studia Konami.

Można dyskutować, czy zmiany i innowacje wprowadzone w „Silent Hill: The Room” wpłynęły korzystnie na kształt gry. Podejrzewam, że zdania w tej materii będą podzielone. Osobiście uważam, że produkt finalny, czyli gra jest zupełnie, czym innym od tego, czego oczekiwałem mając w pamięci wszystkie poprzednie części tego cyklu. Nie oznacza to jednak, ze gra jest nieudana, czy też łamie kanon „silentowski”! Wręcz przeciwnie! Jest to gra o niezwykłej fabule, w pięknej oprawie graficznej i oszałamiającej warstwie dźwiękowej, która niejednego Gracza na długie godziny przykuje do klawiatury. Zapewne zmiany dokonane w konstrukcji i treści gry mogą ortodoksyjnego Fana tego tytułu bulwersować jako odejście od wyznaczonej linii tematycznej i treściowej. Myślę tu o nieco mniejszej ilości zagadek i wydawać się może niższym stopniu ich trudności, czy też zwiększeniu elementów zręcznościowych. Jedno jest bezsporne – „Pokój” jest niewątpliwie inny od swojego wirtualnego rodzeństwa, niemniej biorąc pod uwagę klimat, treść i grywalność i to wszystko, o czym napisałem jest to pełnoprawny „Silent Hill”

Każda ocena jest wypadkową subiektywnych wrażeń oceniającego. Przypadł mi zaszczyt zrecenzowania i oceny „Silent Hill: The Room” i czynię to z wielką przyjemnością. To naprawdę WIELKI tytuł godny polecenia każdemu szanującemu się Graczowi {pod warunkiem, ze posiada dowodzik osobisty jak najbardziej!}, co i niniejszym czynię, Niezapomnianych wrażeń życząc.

  

 Silent Hill 4

ocena

 grafika 9  muzyka 9  grywalność 10

9+


+ to wszystko, o czym napisałem powyżej,a czego nie warto ponownie przepisywać

- cena zakupu! Kwota ok.150 PLN świadczy o oderwaniu handlowców od rzeczywistości, o drobnych niedomaganiach szkoda pisać