|
Czasami
powstają gry, które podczas pierwszych godzin zabawy
prezentują się wspaniale, przez pewien okres nie myślisz
o żadnej innej produkcji. Po prostu chcesz grać w tą
jedną, jedyną. I w tym momencie zaczynasz dostrzegać,
że program Cię nuży, odkryłeś w nim już wszystko,
zabiłeś wszystkich „baddasów”, więc po co
grać?
Wyłączasz
aplikacje i szukasz następnej gry, z którą spędzisz
kolejny miesiąc, po którym analogicznie szukasz
kolejnej. I tak bez końca. Aż pewnego pochmurnego dnia
dochodzisz do wniosku, że gry nic Ci nie przekazują, są
puste, i definitywnie kończysz swoją przygodę z tą
formą rozrywki. Są jednak dzieła, które nie nudzą się
nigdy. Jedną z takich produkcji jest Metal Gear Solid 2:
Sons of Liberty. Muszę przyznać, że gdy zasiadłem
przed pierwszą częścią MGS, poczułem uczucie, którego
nie doświadczyłem nigdy przedtem. Wreszcie znalazłem
coś, czego szukałem całe życie. Grę z niesamowitą
fabułą, wyrazistymi bohaterami, a co najważniejsze
niosącą pewne przesłanie, ocierające się wręcz o
filozofię życia. Gdy na moim ekranie ujrzałem napisy
końcowe, przygoda z MGS nie zakończyła się. Można
powiedzieć, że dopiero się rozpoczęła. Czekałem,
bowiem na Sons of Liberty, gra zapowiadana była na ówczesna
kolejną generację konsoli Sony, PlayStation2.

Wiadomość o najnowszym dziecku Hideo Kojimy elektryzowała
wszystkich fanów bez wyjątku. W powietrzu dało się
czuć tą atmosferę oczekiwania i ciągłych pretensji w
stylu „ile można jeszcze czekać”. Każdy
kolejny wywiad, screen, film prezentujący nową część
był niczym wybawienie. Oczyszczał umysł i duszę. Pamiętam
że pierwszy raz ujrzałem promujący grę trailer w
jakimś pawilonie z grami. Usłyszałem pompatyczną
muzykę, która przywodziła na myśl dokonania pewnego
pana o nazwisku Harry Gregson-Williams, odwróciłem swój
wzrok w kierunku, z którego dochodził dźwięk i ujrzałem
twarz Snake’a. Nieco się postarzał, ale nadal
prezentował się wspaniale. Stanąłem ja wryty, oglądałem
ten trailer kilkanaście razy, gdy wróciłem do domu
nadal miałem przed oczyma ten, wydawałoby się nic
nieznaczący „filmik”. Dla mnie był on
jednak wybawieniem, dawał siłę do dalszego
oczekiwania.
Nieprzerwanie myśląc o nowej części Metala, wyrywałem
kartki ze swojego kalendarza jednocześnie odliczając
dni pozostałe do premiery. I oto nastąpił ten dzień.
Poszedłem do sklepu, kupiłem grę, wróciłem do domu,
odpaliłem PS2 i straciłem na jakiś czas kontakt z
otaczającą mnie rzeczywistością. Fabuła, to element,
bez którego Metal Gear Solid nie istnieje. Czym bowiem
byłaby ta gra bez wspaniałej, przeszywającej duszę i
ciało opowieści o ,wydawałoby się, takim samym człowieku
jak my, odczuwającym ból, nienawiść, miłość,
przywiązanie. Jest to opowieść o heroicznych czynach
jednostki, istoty, która jest w stanie zmieniać świat.
Solid Snake bohater dobrze nam wszystkim znany. Osoba, której
powinniśmy być wdzięczni za rozwiązanie konfliktu w
Outer Heaven czy Zazibarze, nie wspominając już o
Shadow Moses. Historia opowiedziana w tej części przygód
Węża jest powiązana z wydarzeniami z poprzednich części,
co jest raczej logiczne. Dziś jednak spoglądając na
Sons of Liberty przez pryzmat najnowszej części Metala
(zatytułowanej Snake Eater) jesteśmy w stanie dostrzec
rozwiązania wiele ukrytych głęboko sekretów, które
od przejścia dwójki spędzał nam sen z powiek. Snake
nie pracuje już dla Fox-Hound, wraz z Otaconem stworzył
duet, który zajmuje się likwidacją Metal Gearów
rozsianych po całym świecie. Chcąc tym samym uratować
naszą kochaną Ziemię przed nuklearnym holokaustem.
Snake przedostaje się na statek na którym przewożony
jest nowy typ Metal Geara ochrzczony przydomkiem Ray,
poprzedni zwał się Rex. No i od tego momentu rozpoczyna
się jedna z ciekawszych opowieści w grach video, jeśli
nie jedna z ciekawszych opowieści, które zrodziły się
kiedykolwiek w ludzkich umysłach. Jak się zapewne domyślacie
nie zdradzę fabuły MGSa gdyż wówczas nie byłbym w
stanie spojrzeć Wam prosto w twarz.
W momencie premiery Sons of Liberty, nowa platforma Sony,
dopiero rozwijała skrzydła, była na tym etapie, na którym
obecnie znajduje się najnowsze dziecko Microsoftu. Co
oznacza tyle że twórcy nie poznali jeszcze wszystkich
tajników sprzętu. Hideo Kojima dał się poznać fanom
gier jako człowiek który pokazał na samym początku
PSXa na ile tak naprawdę stać tą konsolkę.
Analogiczna sytuacja miała miejsce przy premierze Sons
of Liberty, która tak jak przygody Węża na Shadow
Mores pokazała potęgę, jaka skrywana była w
platformie Sony. Oprawa wizualna jak na tamte czasy była
wręcz perfekcyjna. Wystarczy spojrzeć na zagraniczne
serwisy gdzie za grafikę SoL dostawała najczęściej pełne
dziesiątki. A średnia ocen całej gry oscyluje w 95%.
Chyba nie muszę tłumaczyć co ten wynik oznacza. Pamiętam,
jakie wrażenie zrobiły na mnie krople deszczu spływające
po Snake’u gdy ten wszedł pod zadaszenie, krople
spływające po jego ciele uderzały o ziemie,
rozpryskiwały się i pozostawiały plamę na suchej dotąd
powierzchni. Grafika w porównaniu do poprzedniej części
była niesamowitym krokiem naprzód i musiał to przyznać
każdy, wreszcie było widać oczy bohaterów. Fakt iż w
Shadow Moses nie dostrzegaliśmy dokładnych twarzy
naszych postaci mógł nieco irytować. Na pochwałę zasługują
wszystkie modele postaci i przedmiotów ukazanych w
programie. Te, bowiem zostały przygotowane z duża dbałością
o detale, tworząc tym samym naprawdę realistyczny obraz
świata. Jeśli miałbym wymienić momenty w grze, w których
silnik graficzny pokazuje, na co go stać to bez wątpienia
wybrałbym walkę z Fortuną. Te efekty naprawdę sprawiały
iż czuło się w pełni potęgę PlayStation 2. A jeśli
dodam do tego iż przeciwnicy Snake’a będą mogli
wykryć go zauważając jego cień, mamy wówczas do
czynienia z niesamowitym skokiem graficznym jak i zmianą
w sposobie gry. Modele postacie wyglądały wspaniale,
niesamowita mimika twarzy, ruchy postaci oraz płynna
animacja z pewnością napawały panów z Konami dumą.
No cóż, wcale się im nie dziwie.

Oprawa dźwiękowa zasługuje na równie gromkie brawa co
grafika. Niesamowita ścieżka dźwiękowa stworzona
przez pana, który zwie się Harry Gregson-Williams. Człowiek
ten tworzył również soundtrack do Snake Eater i w
obydwu przypadkach pokazał iż w chwili obecnej jest
jednym z lepszych w swoim fachu. Pompatyczne, pełne
polotu utwory, niosące silną dawkę emocji, i genialnie
zgrywające się z tym co dzieje się na naszych
ekranach. Już sam utwór z intra z wplecionymi dźwiękami
z wstawek jest czymś więcej niż tylko pobrzękującą
w tle muzyczką, to prawdziwe dzieło sztuki. Rozpoczyna
się spokojnie by potem niespodziewanie przyśpieszyć i
znów zwolnić, zmienić ton na nieco melancholijny aż w
końcu pompatyczne, genialne zakończenie. Taki jest każdy
utwór z soundtrack MGS2. Mało kiedy kupowałem płytę
z dźwiękami słyszanymi w grze, nigdy bowiem nic nie było
aż tak dobre by zasługiwało na wydanie moich ciężko
zarobionych pieniądzy, jednak na płyty z twórczością
pana Williamsa zawsze znajdą się jakieś niepotrzebne
fundusze.
Mechanika gry pozostała bez zmian, choć zmodyfikowano
parę elementów, najbardziej znaczącym jest chyba fakt
iż teraz nie będziemy non-stop widzieć mapy terenu w
prawym górnym rogu ekranu. Aby dostać wirtualną mapę
pomieszczenia musimy ją najpierw pobrać z najbliższego
serwera. Co czasami sprawia że musimy przez jakiś czas
radzić sobie bez niej. Głośno zapowiadana była możliwość
chowania naszych obezwładnionych oponentów do szaf,
oczywiście to dzieło Hideo Kojimy a jako że ten słowa
dotrzymuje, wszystkie życzenia zostały spełnione. Z
ciekawszych zmian w stosunku do MGS warto zaznaczyć możliwość
przemieszczania się na krawędziach budynków, czy
zwisania i poruszania się w danym kierunku. Można też
robić przewrotu w przód czy „gwiazdy”.
Poprawiony został także tryb FPP, który teraz daje więcej
możliwości niż w poprzedniej odsłonie, a co jakiś
czas okaże się niezbędny dla gracza. Hideo nie stworzył
jakiejś rewolucji pod względem zasad rozgrywki w porównaniu
z ostatnimi przygodami Snake’a. Ciągle będziemy
stawać naprzeciw bossów, których musimy pokonać,
jednak element ten został w dziwny sposób
niedopracowany. W pierwszym MGSie każdy ważniejszy
przeciwnik miał własną filozofię życia, przesłanki
i miał to coś co sprawiało że wydawał nam się
ludzki. W Sons of Liberty także są niesamowicie
skomplikowane postacie, ale nie ma już tego czegoś,
brakuje tej bożej iskierki, którą tchnęła życie w
Sniper Wolfa czy Liquida. Nie zmienia to faktu, iż nadal
gra trzyma wysoki poziom. A wstawki filmowe to nadal
poezja sama w sobie. Momenty gdy Revoler Ocelot ściąga
płaszcz i wymawia swe imię czy ostatnie wstawki filmowe
zasługują na Oskara.
Jako minus Sons of LIberty mogę wymienić tylko jeden
element, ten dziwny cyberpunkowy klimat wymuszony na
Kojimie przez producenta. Końcowa walka Raidena z
kilkoma … (nie zdradzę, z kim by nie zepsuć wam
zabawy) jest już czystym przegięciem. Oczywiście to
tylko moje odczucie, wiem że wielu się takie rozwiązanie
podobało, bo po premierze Snake Eater narzekano na
dziwnie archaiczny klimat. Mi z kolei Pożeracz Węży
przypadł do gustu bardziej niż Synowie Wolności.
Genialna gra, pełna emocji, z niesamowitą grafiką i
oprawą graficzną, praktycznie produkcja idealna, ale
według mnie najsłabsza z całej serii. Jedynym
elementem stawiającym go jednak wyżej od pierwszego
MGSa ale niżej niż Snake Eater, są dialogi.
Niesamowite, głębokie, przemyślane kwestie ocierające
się wręcz o filozofię sensu naszej egzystencji robią
naprawdę spore wrażenie. Ostatnie wypowiedzi
Snake’a na zawsze wryją mi się w pamięć, ustępując
jedynie ostatniemu przemówieniu The Boss czy tekstu Evy
ze Snake Eater. Niemniej jednak Sons of Liberty to jedna
z najlepszych gier w historii PS2 i polecam ją każdemu,
kto ceni sobie przede wszystkim jakość i jakieś głębsze
treści w grze.
|