|
Ostatnimi
czasy miłośnicy strategii czasu rzeczywistego
mają się, co najmniej, dobrze. Już za moment
premierę będą miały dwa, bardzo głośne i
piekielnie dobre tytułu, jeden ze stajni
Electronic Arts, mowa o drugiej część Bitwy o
Śródziemie, zaś drugi, chowany przez LucasArts
- Empire AT War.
W
tym numerze postanowiliśmy przetestować oba.
Kroenen z chęcią rzucił się na demo
gwiezdnowojennej produkcji, zaś ja, nieco
niespodziewanie, postanowiłem wziąć za bary betę
Battle for Middle Earth 2. żeby było ciekawiej
zapowiedzią tejże zajął się Szarik. Na wstępie,
zanim opiszę „jako tako” mechanizmy
rozgrywki i powiem, co mi się podoba, a co nie,
napiszę, tu ukłon dla niecierpliwych czytelników,
że gra jest nad wyraz dobrym, sztandarowym RTSem.
I choć nie ma w niej może wielu nowalijek, to
ten kotlet jest i tak całkiem świeży…
Właściwie w moim przypadku „beta”
mogłaby być zastąpiona słowem „demo”,
gdyż, jako że abonamentu nie mam zamiaru płacić,
otrzymałem dostęp i owszem do ponad gigowego
pliku (1,2 w gwoli ścisłości), ale o
rozgrywkach sieciowych mogłem tylko pomarzyć.
Ale demo, nie demo, beta, nie beta, fakt, faktem,
w produkcję EA chwilę pograłem i nie powiem,
abym był specjalnie zawiedziony.
W dwóch misjach treningowych zapoznajemy się z
podstawami sterowania, poznajemy budynki i
stawiamy pierwszą w życiu bazę wypadową, a także
walczymy w kilku potyczkach przeciw goblinom.
Nasza armia została podzielona na regimenty. Każdy
taki regiment składa się z 15 wojaków i nie możemy
kontrolować każdego z żołnierzy z osobna.
Zaznaczając jednego w szeregu, bierzemy zarazem
pod kontrole całość- standardzik. Jednocześnie
możemy pod kontrolą mieć naprawdę sporo
jednostek, jako, że gra nastawiona jest na
naprawdę wielkie, filmowe bitwy. Zresztą wersja,
którą dorwałem oferowała starcie z naprawdę
sporymi zastępami goblinów. Przy samej walce
należy pamiętać, aby zgrabnie otoczyć wroga,
bowiem najlepsze ustawienie to takie, w którym każdy
regiment atakuje przeciwnika z innej strony i nie
jest zasłaniany przez inny oddział. Skoro przy
walce jesteśmy- naprawdę sporo się dzieje na
polu bitwy. Naszych wojaków możemy zawrzeć w
szyki bojowe (w szczególności spodobało mi się
coś na kształt „żółwia”
rzymskiego. Wzrasta obrona, spada szybkość, ale
trzeba zobaczyć tą ściśnioną piechotę!).
Należy też kontrolować herosów. Jak się ich
rekrutuje, napiszę w innej części tego testu.
Powiem tylko, że dostępny na razie Boromir
wspomagał armię kilkoma przydatnymi patentami-
aury, zastraszanie wroga, jestem pewien, że
znacie takie sztuczki z innych gier tego typu.
Inna sprawa, że niezbędna okazuje się pomoc łuczników
przeszywających wnętrzności przeciwników
gradem strzał. Można im ustalić mały, kulisy
obszar, w który będą strzelać szczególnie
zajadle- też niezła myśl. Gra stwarza bardzo
ciekawe możliwości taktyczne i na pewno miło będzie
zmierzyć się z kimś za pośrednictwem
Internetu.
O grafice mogę napisać, że jest naprawdę,
naprawdę… niezła. Choć screeny
wypuszczone przez EA prezentują się od
rzeczywistości ciut lepiej od rzeczywistości.
Nie da się ukryć, że biorąc pod uwagę mnogość
jednostek prezentowanych na ekranie i tak jest
dobrze. Tu i tam widać kanciki przy większych
zbliżeniach, ale podniesienie jakości grafiki w
menu, choć okupowane jest dławieniem się
komputera, niweluje ten problem. Duże wrażenie
zrobiły na mnie tła i budynki- raz, że gra ma
naprawdę sporo malowniczych krajobrazów, dwa, że
same konstrukcje wyglądają również na bardzo
dopracowane, choć, to już fenomen strategii, ma
się sporo do zarzucenia chorym proporcjom, ale
lepiej chyba, że całość jest czytelna, a
olbrzymi zamek nie zasłania ¾ ekranu,
prawda?
Prócz goblinów miałem możliwość skrzyżować
miecze z pająkami (choć może lepiej brzmiałoby
skrzyżować miecze z odnóżami). Naturalnie nie
ze zwykłymi, padającymi po ciosie gazetą
cherlakami, o nie, nie ma lekko. Na szczęście
nawet te giganty gryzą ziemię szybko i jedyną
nowością w stosunku do goblińskich hord jest
fakt, że trzeba zniszczyć ich gniazda (a potem
szczątki tych gniazd, bo z takich pozornych śmieci
cały budynek może się nader niespodziewanie
zregenerować).
Naturalnie nie mogło zabraknąć wielu budynków,
ulepszeń i zasobów, czyli tego, co niektórzy
stratedzy miłują nad życie. Sprawa nie jest
skomplikowana. Należy przejąć Outpost (nie bawię
się w polskie tłumaczenie. Niech EA ma uciechę
;]), stawiając swoje wojska w pobliżu aż do
wzniesienia własnej flagi na maszt. To ta
konstrukcja będzie dostarczać nam złota niezbędnego
do dalszych procesów. Później, ku uciesze własnej,
można już rozpoczynać procedurę. Budowniczy
wpierw konstruuje Fort, w którym rekrutujemy
bohaterów i ulepszamy miasto, później Barak, w
którym można najmować i podnosić wartość
bojową piechoty oraz strzelnicę, gdzie
naturalnie można rekrutować łuczników. Później
pozostaje otoczyć kompleks murem, wyróżniając
baszty i gotowe. Budynki można bardzo ciekawie
rozbudować. Moim faworytem jest umieszczenie na
szczycie fortu beczek gorącej oliwy… Ale to
chyba tylko przemówiły moje sadystyczne skłonności
;]
Interfejs jest bardzo intuicyjny i przedstawiony w
Postaci Palantiru. Od razu ma się dostęp do
wszystkiego. Nad regimentem zawsze po zaznaczeniu
pokazuje się pasek zdrowia.
Po zakończeniu prób odczuwałem niemały
niedosyt. Z jednej strony to bardzo ciekawe doświadczenie
i na trochę przed premierą mogłem się przekonać
co tam EA knuje, ale… Co tu kryć, mało
tego. Nie mniej bawiłem się znakomicie i czułem,
jakbym znał się z BfME2 od lat. To jest chyba siła
gry- łączy wiele znakomitych rozwiązań z wielu
RTSów. Nie wnosi może wiele do gatunku, ale jest
jego zgrabnym i perfekcyjnym jego podsumowaniem.
Oto gra, która naprawdę wszystko ma na miejscu.
Papkin
|