|
Czy
zdarzyło Wam się kiedyś coś przegapić? Mieliście
wrażenie, że ostatnie lata spędziliście w szafie
(starej szafie kryjącej przejście do innego św... dość!),
zaś koło Was przemknął całkiem ciekawy temat? Bo ja
mam teraz takie dziwne uczucie, że grając w Mega Man X8
coś pominąłem... No jasne, część pierwszą, drugą,
trzecią, czwartą, piątą, szóstą i siódmą!
Nie ma co rozpaczać, bowiem żaden z epizodów tej sagi
nie doczekał się premiery w Polsce (choć nie tylko w
niej), ani nie zdobył jakiegoś większego rozgłosu, który
otworzyłby mu drogę na szersze wody, a szkoda, bo gra
to całkiem sympatyczny pseudotrójwymiarowy platformer,
a takich produkcji, jak na lekarstwo. Właściwie w
poprzednim numerze rozpisywałem się na temat
fanowskiego Halo Zero, którego, choć graficznie jest
zupełnie inny, więcej z Mega Manem łączy niż dzieli.
Choć w ten drugi produkt włożono jakiś tam kapitał i
widać, że jest to produkcja budżetowa. Zaczyna się
poziomem - treningiem, w którym poznajemy całą trójkę
naszych bohaterów. Jest, rzecz jasna, nieśmiertelny
Mega Man i szczerze mówiąc zdziwiłbym się, gdyby nie
był on herosem we własnej grze,
samurajo-shoguno-cyber-wojownik - i co tam sobie jeszcze
wymyślicie. Zero, którego wartość bojowa bynajmniej
nie jest równa zeru, no i AXL, w gruncie rzeczy podobny
do tytułowego bohatera, choć tylko z początku. Turtial
zaznajamia Nas z ich umiejętnościami. W skrócie - Mega
może szybko skakać i strzelać zarówno przed jak i za
siebie. AXL dodatkowo zyskuje możliwość obracania
broni w kierunku wybranym przez gracza, co znacznie
podnosi jego wartość bojową, a przy odpowiednim
rozkazie z ochotą zawiśnie na chwilę w powietrzu dzięki
silnikom rakietowym. Gra Zero nie przypomina za to
niczego. To po prostu ostra rąbanka z użyciem katany
(lub innych broni), zaś dzięki podwójnej skoczności
rycerz jest postacią bardzo uniwersalną i przydatną w
niemal każdym poziomie, zaś w tych "co to bardziej
zręcznościowych" wręcz niezbędną. Z biegiem
czasu trójka zyskuje dodatkowe umiejętności. Zwiedzając
na przykład zimową mapę Zero nauczy się specjalnego
uderzenia i w podskoku będzie zamrażał wrogów, XXX
zyska nowy typ "mroźnych" pocisków, zaś Mega
Man zacznie strzelać zimnymi kulami.

Jak w poprzednich częściach (wyczytałem w informacjach
prasowych, także gafa, niestety, możliwa), rolę złego
niegodziwca odgrywa robot o nazwie Sigma. Fabułę
poznajemy dzięki ładnym przerywnikom filmowym, które są
całkiem niezłą... mangą! Kto lubi wielkie oczy nie
rozczaruje się. Jednak w grze nie występuje żadna
kobieta (poza trzema niuniami - operatorkami), także
widok mrożący krew w żyłach niektórych rodziców, o
zgrozo, nadnaturalnie rozwinięta pierś małolaty, nie
dostała w grze nawet krótkiego epizodu. Wspomniałem już
o operatorkach. Przed każdym z kilku poziomów dobieramy
sobie trzyosobową drużynę. Zawsze weź Zero (który
jest naprawdę nieoceniony), no i trzeba jeszcze wybrać
pomiędzy Mega i AXL, a później... Dobrać także
kierownika wyprawy, który będzie Nas zaznajamiał z
sytuacją. Ma to raczej znaczenie kosmetyczne, ale miło
jest słuchać ulubionego głosu. Panie są 3 - jedna to
raczej ponury typ z fioletowymi włosami, która mogła
by całkiem nieźle czytać Ci nekrolog z ulubionej
gazetki. Druga - standardowa, sumienna pracownica, zaś
trzecia, nastoletnia, piskliwa, panna, która ekscytuje
się byle czym i to ją właśnie wybrałem.

W zasadzie grę możemy podzielić na 4 różne części
- fragmenty zręcznościowe (warte dłuższej rozpiski,
ale ciii...). Walki, które stanowią jakieś 70% gry, są
emocjonujące i urozmaicające rozgrywkę przejażdżki
wehikułami i potyczki z bossami. Wpierw powiem wam, że
irytującym, wręcz chorym rozwiązaniem, jest poziom
trudności niektórych sekwencji stricte platformowych!
Cała rzecz polega na tym, że często dane nam jest
balansować pomiędzy różnymi najeżonymi kolcami ścianami,
czy platformami, zaś kontakt z tymi nie kończy się
utratą zdrowia o nie, to byłoby za proste. Po prostu
giną obaj Twoi herosi a Ty musisz zaczynać rozgrywkę
od ostatniego punktu kontrolnego (często położonego
baaaaardzo daleko!). Sprawia to, że jeden moment potrafiłem
katrupić, na przykład 40 minut. Do tego dochodzą różne
problemy - ot, trzeba gdzieś doskoczyć i w odpowiednio
głupim momencie nacisnąć drugi raz przycisk skoku, bo
heros wpadnie do dziury i będzie, jak to się mówi,
kaput. A że trudno opanować emocje po serii nie mniej
trudnych walk i manewrów czasem ręka zadrży i... Asta
Lavista, jak mawiał Arnold. Czasem też Zero nie wykona
skoku, czy podczas któregoś z susów przypadkiem dwa
razy naciśniesz kursor "prawo" i wsuniesz się
wprost na pułapkę dzięki temu, że uruchomiłeś
"poślizg". Co jest najzabawniejsze, specjalnie
mnie to nie irytowało. Jak może wiecie często zdarza
mi się być na grę naprawdę wkurzonym, a to takiemu
związkowi dobrze nie wróży. Tym razem było inaczej.
Owszem, mój zasób słownictwa poszerzył się o kilka
brzydkich wyrazów, ale adrenalina jaka płynie w żyłach
podczas kolejnych skoków, kiedy dosłownie wisisz na
krawędzi życia i śmierci nie pozwala oderwać się od
monitora. Poziom trudności jest nierówny. Raz sikasz w
gacie ze strachu, innym razem mógłbyś przejść etap z
niedomkniętym okiem i ręką w miejscu, gdzie większość
Polaków ma stosunki międzynarodowe.
Co do potyczek, to zrealizowano je nieźle. Pod koniec
gry dysponujemy tak imponującą paletą broni, że mózg
w poprzek staje, zaś Zero posiada tyle combosów, że
spokojnie mógłby nimi obdarować kilku bohaterów
dobrej bijatyki. Bossów jest naprawdę dużo i każdy to
wyzwanie zupełnie innego rodzaju. Zaprojektowano ich z
fantazją. Jest wielki panda - robot, ale też chodzący
słonecznik, czy zmechanizowany żuk. Zazwyczaj korzystają
z broni, jakie nasza paczka otrzyma po ich pokonaniu. Często
zdarza się, że mają oni specjalne typy oręża, na które
są bardzo wrażliwi. I tak ognistego potwora łatwo zatłuc
lodem, zaś trudny mech zatrzyma się gdy kopnie go prąd.
Jeśli nie masz jednak pomysłu, tudzież środków,
czeka cię dość ciężka walka. Nie da się ukryć, że
naprawdę fajnie jest stłuc kogoś silniejszego od zwykłego
pachołka.
Mam, ale nie za wiele, do zarzucenia oprawie. Muzyka
trzyma gardę i może walczyć z najlepszymi. Głównie
dlatego, że przypomina ona... automatowe, skoczne
melodyjki! Wesołe jest życie staruszka? Aż łezka w
oku się zakręciła słysząc te cudowne odgłosy w
menu, tak przypominające kiczowate platformery sprzed
paru lat... Nie nagrano może wielu kwestii dialogowych,
ale te nie odstają od reszty. Grafika jest przeciętna.
Owszem, każda lokacja ma pewien niezwykły klimat, no i
nieraz przy przerywnikach, czy niektórych fragmentach
gry twórcy popisują się, że to jednak nie jest
dwuwymiarowa gra, ale... Choć strzały wyglądają w
porządku, za dużo tu kancików i za mało szczegółów.
Dlatego też jakoś gra mnie nie powaliła pod tym
aspektem...

Sterowanie to osobna sprawa. Choć dość rozbudowane, z
reguły nie ma z nm kłopotów, no, może kilka razy
pomylił mi się klawisz "d" z "f" i
zamiast zmienić herosa po prostu wybrałem inną broń.
Kwintesencją zbyt wysokiego poziomu trudności jest za
to księżycowy etap, przy którym, po raz pierwszy przy
Mega Manie, nieco się wkurzyłem, bo frustrujący jest i
tego nie zaprzeczy nikt. Średnim pomysłem jest też
kilkakrotna walka z niektórymi bossami. Koleś o wyglądzie
Boby Fetta gości na ekranie częściej, niźli Orlando
Bloom na ustach napalonych nastolatek.
Udany to powrót do przeszłości. Przy Mega Manie bawiłem
się całkiem nieźle. Szpilę wbić mu trzeba za skopany
poziom trudności, niekiedy problematyczne sterowanie i
brak zapisu w dowolnym momencie. Do niektórych poziomów
trzeba podchodzić ze sporym zapasem czasu, gdyż głupio
później wracać doń i przechodzić znane plansze od
nowa. W Polsce "to to" wydawcy nie znajdzie,
ale jeśli ktoś odczuwa większy sentyment, czemu by nie
sprowadzić, czy też nie zakupić w sklepie
internetowym, tudzież na aukcji?
|