|
Jak
śpiewała żaba Monika „Kulfon, Kulfon co z Ciebie
wyrośnie, marti się już od tygodnia”
Jak śpiewała żaba Rodowicza „Kolorowych Jarmarków,
Ratatata”.
Jak śpiewała żaba Szalona „Don, dong, dong…”.
Fragment książki „Płazy w Polsce i na świecie”.
Jaki jest każdy widzi- mały, denerwujący, a do tego ma
liczne braki w uzębieniu. Jak niepozorny irytant stał
się idolem nastolatek i gwiazdą komórek, nie wie nikt,
prócz, rzecz jasna, specy od marketingu. Teledysk krążył
po telewizji jak pocisk wystrzelony z karabinu
maszynowego ku gumowym ścianom. Żabon uciekał przed
robotem na swym niewidzialnym… hmmm… ścigaczu,
wesoło podrygując. Materiał na przebój?
Może i tak, bowiem Frogomania uderzyła niby taran we
wrota, nawet w nasz, komputerowy rynek, czego owocem jest
gra Crazy Frog Racer (tu oklaski). Idea była prosta jak
konstrukcja cepa- stworzyć wyścigi pełne zakręconych
postaci, krętych tras, rozmaitych znajżdżek, no i
przyozdobić całość wizerunkiem Szalonego. Jednak samo
wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

Crazy Frog Racer to gra, którą znasz na wylot po
minucie, a po półtorej modlisz się, aby o niej
zapomnieć. Właściwie już po kilku chwilach chętnie
spłodził bym reckę, ale, redaktorski obiwązek, trzeba
było mi poprzerywać w towarzystwie Ellie, Grima, Froga
i spółki dłużej, dura lex, sed lex. Postaci jest
raptem kilka, do tego niezbyt imponujących. Różnią się
jednak pewne statystyki. Nie wiem jednak, co za
„geniusz” powymyślał te potworki. Dość
powiedzieć, że Frog jest t jedną z mniej poronionych
sylwetek. Oprawa przypomina to, co widzieliśmy u przeciętniaków
parę ładnych lat temu. Kanciaste modele, ubogie
mapy… Aż się, że tak powiem, rzygać chce na
widok niektórych „cudów” wysmażonych przez
mądrych inaczej programistów. Systemu kolizji, oczywiście
brak. Gdy uderzysz w Szaloną krowę Martę, czy Bobo-
wielkiego murzyna z zamiłowaniem do biżuterii, tudzież
innego zawodnika, usłyszysz jedynie jęk i twój bolid
„zsunie się” nie robiąc nikomu krzywdy. Sam
dźwięk brzmi zresztą tak głupio, że miałem ochotę
walnąć się młotkiem w głowę i skrócić swoje męczarnie
z grą.
Hucznie zapowiadane powerupy, możemy podzielić na trzy
grupy. Są więc rozmaite przeszkadzajki, które
rozstawiamy po planszy i które sprawiają, że wróg na
chwilę traci sterowność, rakiety i pociski, używane w
wiadomym celu no i bonus podnoszący naszą szybkość, ażebyśmy
zostawili przygłupawą konkurencję w tyle (tu znów
autor kieruje subtelną aluzję w stronę AI)… Nie
za dużo tego, a i tak uzbrojeniu brakuje ikry. Poza tym
ma się wrażenie, że nie ma ono realnego wpływu na
rozgrywkę. Owszem, może na chwilę opóźnić
konkurencję, ale… to naprawdę krótki moment.

Trasy są równie różnorodne, jak fryzury braci Kaczyńskich.
Stylistyką nawiązują do słynnego teledysku, ale
zdecydowanie mało różnią się od siebie. Nowalijki na
kolejnych torach są skrzętnie ukryte.. Jesteśmy
skazani na jazdę po brzydkim mieście przyszłości, pełnym
zakręconych ulic. Swoją drogą jest też w grze
(kolejna) bardzo irytująca rzecz- mianowicie często
trasa nie ma barierki, tudzież w locie musisz trafić na
odpowiednią drogę. Bardzo łatwo wówczas z toru
„wypaść”, co kończy się utratą pozycji i
zaczynaniem z zerowej prędkości na jednym ze skrawków
mapy. Mało tego, jakoś wróg wykazuje się olbrzymim
poczuciem równowagi i nigdy w ten sposób nie wypadnie,
no, chyba, że naprawdę pozostawisz mu jakieś zatrzęsienie
pułapek blisko rozpadliny…
Do „Poczetu wad Crazy Frog Racer” należy
doliczyć także, o zgrozo, fatalną muzykę. Jak w grze
opartej na takim bohaterze mogą występować gniotki,
sprawiające, że ma się ochotę wyłączyć głośniki,
nie rozumiem. Podczas rajdu towarzyszą nam skoczne, zapętlające
się melodyjki, które mogłyby z powodzeniem zastąpić
słynną, chińską torturę wody… Brrr- a te odgłosy
wydawane przez naszych zawodników? Aż idzie odinstalować
grę za same jęki i stęki takiej Ellie. Gra na
podzielonym ekranie, czy znana w telewizji ucieczka przed
robotem nie ratują sytuacji.
Naturalnie w całej tej beczce dziegdziu udało mi się
upatrzeć kilku, o zgrozo, zalet. Tak więc… Ekhm…
(wyciąga maleńką karteczkę). Na plus należy zaliczyć
tryb Jukebox, w którym możemy odsłuchać kilku fajnych
utworów i zobaczyć tańczącą w ich rytm postać Froga
(niestety, cały czas wykonuje on te same ruchy i nie ma
specjalnego tańca dla każdej z melodi, przez co często
gubi rytm). Poza tym… No, niech będzie, raz czy
dwa, gdy zapomnieć o licznych niedoróbkach dało się
nawet jakoś grę ścierpieć. Czy wspomniałem o ładnym
menu?
Ręce i wszystko inne opada. Chciałem recenzję napisac
w sposób zabawny-, niestety, nie wyszło. Chciałem w
wesoły – też nie. Oferuję więc wam tutaj przygnębiający
ton zawiedzionego recenzenta… Masz wolne 50 złotych?
Wydaj je na cokolwiek innego, byle nie na Crazy Froga…
|