Assassin's Creed
q.: Produkcja ze stajni montrealskiego Ubisoftu miała być przewspaniała, doskonała i udanie wypełnić lukę po Prince of Persia. Niestety plan nie wypalił do końca. Był to tytuł, na który czekaliśmy z ogromną niecierpliwością. Po recenzjach wersji konsolowych, wiedzieliśmy w sumie czego oczekiwać, ale i tak zawsze pozostawał łut nadziei na kolejną odsłonę nieśmiertelnego Thiefa w klimatach Bliskiego Wschodu. Zawiedliśmy się i to mocno. Na banalnych, powracających niczym bumerang questach, ciągłym robieniem tego samego (odkrywaniem miasta, zdobywaniem punktów oraz zaliczaniem mało urozmaiconych zleceń, by na końcu przeważnie pozbawiać kogoś życia), brakiem jakichkolwiek wyzwań i fabularnymi wstawkami sci-fi niszczącymi cały klimat bliskowschodniego Jeruzalem. A szkoda, bo AC miało taki potencjał, jak mało która gra. Gdyby tylko twórcy bardziej przyłożyli się do zadań, urozmaicili rozgrywkę - mielibyśmy dzieło nie tylko unikatowe, ale i ze wszech miar wybitne. Może przy "dwójce" się uda? W końcu francuski koncern zapowiedział, jeszcze przed wypuszczeniem na rynek "jedyneczki", trylogię.
Call of Duty: World at War
V.: Po genialnym Modern Warfare z rąk Infinity Ward oczekiwania wobec najnowszej odsłony CoD były naprawdę wysokie. Treyarch, który do tej pory niczym specjalnym nie zabłysnął w CoD 3, obiecywał kawał solidnej rozrywki z równie dobrym a nawet lepszym trybem multi. Jak wyszło, wszyscy wiemy. Co prawda, WaW utrzymuje się (niestety) na szczycie list sprzedaży, nie zmienia to mimo wszystko faktu, że sama gra jest wręcz skandalicznie niedopracowana. Tryb single utrzymany jest na poziomie gorszym od dwóch pierwszych części, nie mówiąc już o części czwartej. Dwie niezwiązane z sobą linie fabularne poprowadzone bez kompletnie jakichkolwiek emocji, z archaicznym system rozgrywki i zerową SI przeciwników w kampanii rosyjskiej, która to przypominała mi raz po raz bezmyślne strzelanie do kaczek (przykro to mówić, ale to taka Kurka Wodna w klimatach II WŚ…). Kłania się również całkowity brak logiki w prezentacji linii fabularnej (po Stalingradzie przenosimy się od razu do zaodrzańskich wzgórz Seelov, stanowiących bramę do Berlina oraz żenujące dialogi i wstawki ukazujące "okrucieństwo" wojenne Rosjan rozstrzeliwujących co rusz biednych Niemców (nie to co Amerykanie, ci zawsze wezmą jeńców wojennych). Do tego archaiczna grafika, słabe tekstury, kompletna liniowość i niewidzialne ściany. Aż się marzy fps drugo wojenny na silniku Crysisa z dziesiątkami wojaków a nie jak to jest obecnie kilkunastoma pacynkami udającymi armię Żukowa. A przecież nawet CoD 4 zapewniał bardziej nieliniową rozrywkę! Na szczęście kampania pacyficzna jest odrobinę lepsza z jednego powodu - wprowadza szereg urozmaiceń, takich jak ataki kamikadze, szarżujących żółtków, ataki z ukrycia, miotacze ognia i walkę na bagnety. NO i zdobywanie Okinawy wśród polnych kwiatów i japońskich zameczków zapada głęboko w pamięć. Chyba jedyna udana misja, o reszcie zapominamy równie szybko co zaczęliśmy. Tryb multi to na szczęście odmienna para kaloszy - dobry tylko z tego prostego powodu, że stanowi skopiowane WSZYSTKIE rozwiązania z CoD 4. System awansów, perki, podział na klasy etc. Mimo kilku urozmaiceń (pojazdy, psy bojowe, tabun) trudno ocenić czy jest lepszy od tego z Modern Warfare. Wg niektórych opinii wygrywa, wg innych stanowi nieporozumienie, opinie są więc mocno podzielone. Pomimo udanego multi WaW należy uznać za rozczarowanie - nad trybem single można jedynie zapłakać. Wg niektórych osób, gra jest zbyt brutalna, powiem inaczej, jak dla mnie gra ma NIEWIELE wspólnego z prawdziwymi okropieństwami IIWŚ jak i z samymi starciami na froncie wschodnim. O pomyłkach w uzbrojeniu już nie wspomnę.
Mass Effect
q.: Drugi z wielkich tytułów 2008 roku. Sytuacja podobna do tej z tworem Ubisoftu, tyle że rozczarowanie przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Zupełnie tak jak w przypadku Assassin's Creeda, oceny były nader wysokie (średnia wg Gamerankings wynosiła ponad 90%). Coś na rzeczy musiało być i wręcz można było uwierzyć, że z Mass Effectem nie jest tak źle, jak z AC. Owszem, spodziewać się można było, że zadania poboczne potraktowano po macoszemu i nie wszystko zrealizowane zostało tak, jak życzyliby sobie gracze, ale to, co ujrzeliśmy na własne oczy spowodowało rykoszet i rozczarowanie sięgające sufitu.
Niestety, mimo wysokiej grywalności (ale ze spadkami i to znacznymi, spowodowanymi czynnikami opisanymi poniżej), ciekawego głównego wątku (acz skandalicznie krótkiego, nawet jak na action-cRPG-a) i filmowego wręcz klimatu oraz oprawy a-v, nie jestem w stanie powiedzieć wiele dobrego na temat jednej ze słabszych produkcji BioWare'u. Mała różnorodność w wielu lokacjach, zbytnie podobieństwo pobocznych planet, niski poziom SI i zbyt duża ilość idiotycznych questów, niezwiązanych z wątkiem fabularnym, to jedne z większych bolączek Mass Effect. Aż szkoda, bo liczyłem na opad szczęki po tych ochach i achach, jakich należało oczekiwać po przeczytaniu huraoptymistycznych recenzji. Mały opad może był, ale tylko wywołany momentami genialną szatą graficzną i świetną prezentacją dialogów (tu akurat kanadyjskie studio wzniosło się na szczyty - w żadnej innej grze, czy to cRPG, czy to action-cRPG, nie wykonano tego z taką pieczołowitością i rozmachem).
Spore
V.: Ta gra miała zmienić spojrzenie na elektroniczną rozgrywkę podobnie jak wcześniejsze dzieła Wrighta, Simsy. Pierwsze gameplaye z 2005 roku zapowiadały rozrywkę faktycznie złożoną i poniekąd… piękną. Ale jak to zwykle bywa w obecnych czasach jakiś idiota od marketingu stwierdził, że gra jest za trudna, gracze są w obecnych czasach ograniczeni intelektualnie i w ogóle za mało w tym bajkowości. Więc zróbmy grę od nowa na poziomie dla 5-latków z oznaczeniem PEGI 12. Najważniejszy dla wielu osób tytuł tego roku okazał się najzwyczajniejszą katastrofą. Poza trybem stwora zapewniającym jako taką rozrywkę, pozostałe elementy porażały swoją bzdurnością, niedopracowaniem oraz wszechobecną prostotą i nudą. I do tego zabójcza cena 159,90! Kolejnym niewypałem był system DRM bez prawa do de rejestracji i równie pokraczne tłumaczenia, że i tak większość graczy tylko raz instaluje daną grę. I co z tego?! Kupujemy grę czy prawo do trzech instalacji? I jak to zwykle w przyrodzie bywa ten "antypiracki' system spowodował masowe piracenie tegoż tytułu. Na szczęście wszystko ma swoje dobre strony i najnowsze tytuły EA mają mniej restrykcyjne zapisy DRM, chociaż można zapytać jakim prawem taka FIFA 09 przypisywana jest tylko do jednego konta online? A co jeśli mój brat / syn / siostrzeniec zapragnie też sobie pograć? Nie jest w stanie, chyba że na moim koncie.
Wiedźmin: Edycja Rozszerzona
q.: Najbardziej nietypowa pozycja, gdyż tu raczej mamy do czynienia ni to z dodatkiem, ni to z pełną wersją, a raczej większą łatką, sprzedawaną jako "całkiem nowy Wiedźmin, którego nie możesz nie kupić". CD Projekt dmuchał, chuchał i zarządził... mózgami graczy, robiąc z nich płynną papkę i wciskając kolejne banialuki, które mają tyle wspólnego z prawdą, co ja z obecnym papieżem, czyli nic. Nie twierdzę, że "czerwoni" z CD Projektu odwalili chałturę, ale po słodzeniu samemu sobie i innym spodziewałem się, że zrobią naprawdę to, co obiecywali tak sumiennie na "papierze". Papier pozostał papierem, a gracze mogą odczuć niedosyt i zauważyć, że jednak jest coś nie tak. "To ta wspaniała Edycja Rozszerzona? Przecież to tylko zwykła, zawierająca więcej usprawnień od poprzednich patchy, łatka". No cóż, widocznie chcieli zyskać znowu rozgłos na stronach poświęconych tematyce o grach i wywołać burzę na forach ("jacy to oni wspaniali" - inicjatywa, rzecz jasna, godna pochwały, szkoda, że nic ponadto - bo wywiązanie z obiecanek raczej nie bardzo im wyszło, a same chęci i reklama mi nie wystarczają i zapewne nie tylko mi).
S.T.A.L.K.E.R.: Czyste Niebo
V.: Być może nad Czarnobylem świeci obecnie jasne niebo ale ciemne chmury zebrały się nad prequelem Stalkera. Tuż obok dodatku do Bugothica (Zmierzch bugów) oraz Tomb Raidera: Underbug, tytuł ten po prostu nie powinien się ukazać. Niedopracowany, niedokończony, niedoszlifowany, pytam się więc po co? Po co wydawcy wydają gry we wczesnych wersjach beta. Rozumiem, gdyby była gwiazdka, ale nie, końcówka wakacji. Ze skąpstwa, chciwości czy wrodzonej głupoty? A może w ten sposób pokazują swój stosunek, do nas graczy, bo "ciemny lud wszystko kupi" a znajomi z gazet wystawią odpowiednio wysokie noty, ewentualnie poprosimy ich o wstrzymanie ich publikacji na kilka dni "jeśli oceny będą niższe od 8". Skandal? Mało powiedziane. Taka polityka powinna mieć swoje konsekwencje i tylko jedne - finansowe. Przekonał się już o tym chociażby wydawca pecetowej odsłony GTA IV. Gracze potrafią karać, a najlepszą karą jest niekupienie danej gry.
Fallout 3
q.: Dla wielu równie przykrym doznaniem może być kontakt z nowym Far Cry'em 2, GRID-em, wspominanym już Tomb Raiderem czy GTA IV... W tylu rozczarowaniach można wszakże znaleźć grę grywalną, a przy tym nie do końca schrzanioną. Znalazło się też miejsce na parę miłych zaskoczeń (w moim przypadku m.in. Fallout 3 - nie jest ani genialny, ani świetny, ale naprawdę dobry, choć również cierpiący - w nieco mniejszym stopniu - na podobną chorobę, co powyżej opisane marki).
V.: Zgadza się, dla wielu Fallout 3 to gra roku, dla równie wielu, w tym dla mojej osoby jest to kolejne erpegowe nieporozumienie, sprowadzające się do pytania, quo vadis, Bethesda? Zafundowano nam rozbudowany mod do Obliviona w podobnej, konsolowej stylistyce i siermiężności, z archaicznym już i pozbawionym jakichkolwiek emocji sposobem prowadzenia dialogów (eh, Mass Effect jednak przebija wszystko pod tym względem) i wyjątkowo nieintuicyjnym ekwipunkiem oraz interfejsem. No i te zielone czcionki na pół ekranu. Fajnie może to wygląda na TV 42'' i Xboksie, ale dajcież spokój! Na szczęście gra jest równie podatna na modowanie co poprzednie odsłony TES-a, więc miejmy nadzieję na stopniowe "poprawianie" tegoż tytułu przez społeczność fanów, co w sumie już teraz ma miejsce.
Zamiast podsumowania
q.: Można zauważyć, że główną bolączką nowych tytułów jest ich monotonność, prostota i schematyczność. Szczerze mówiąc - trudno nam powiedzieć, co się stało z dzisiejszymi produkcjami. Ich autorzy się dogadali? Czy może zgranie czasowe to tylko przypadek? Albo po prostu producenci mają za dużo na głowie, a nie ma ani rąk, ani dodatkowych godzin na dopracowanie prawie gotowych produkcji? Spora część wydanych niedawno i nieco dawniej tytułów po prostu okazuje się ładnymi płytami zapakowanymi w równie ładne pudełko i fajnymi wyłącznie przez pierwsze minuty obcowania. Nie wiem jak Wam, ale mnie coraz bardziej zaczyna to niepokoić... Albo lada chwila nie będzie w co grać, albo zostaniemy skazani na gry tylko dla "niedzielnych". Sam, mimo że wolę bardziej wymagające, nie mam nic przeciwko "casualom" i od czasu do czasu mam ochotę włączyć coś odprężającego i coś, w czym nie trzeba powtarzać jakiejś sekwencji po raz "stopiendziesionty", przy okazji z tendencjami do wzrostu ciśnienia we krwi. Jednak wszystko w przesadzonych dawkach jest niezdrowe... Pamiętajcie o tym.
Bartosz "qjin" Woldański & Krzysztof "Voltaire' Sykta

