|
PIRX:
Pamiętam czasy, kiedy komputery zwane pecetami
sprzedawane były w tzw. sklepach eksportu wewnętrznego
za waluty wymienialne, lub bony towarowe PKO
stanowiące ersatz walut wymienialnych. To dopiero
był porąbany ustrój! Formalnie, z mocy prawa
obywatel pewnego kraju nad Wisłą zabronione miał
posiadanie jakiejkolwiek waluty z wyjątkiem
macierzystej, z drugiej natomiast strony ten sam
system powoływał do życia placówki handlowe,
gdzie płacić można było tylko w walucie obcej.
No i stały sobie w gablotach sprzęty firm
Commodore, ATARI i innych, z dala od brudnych łap
gawiedzi nie posiadających dostępu do waluty.
Chwała Najwyższemu, że system ten zdechł
bezpotomnie, chociaż jego pogrobowcy czasami
ujawniają swoje istnienie. Pies z nimi tańcował!
Sam zakup Komputera nie wspominając już o tym,
że cena jego stanowiła wielokrotność naprawdę
porządnej pensji stanowił swoiste misterium dostępne
naprawdę nielicznym. Do tego doliczcie, że
wiedza o informatyce jako taka była mniej niż
minimalna, a informatycy traktowani byli jak
Szamani nowej wiary i macie pełny obraz tamtych
czasów.
Generalnie mam takie spostrzeżenie, że każda
nowa rzecz, technologicznie zaawansowana w Polsce
przebijała się głównie ceną. Przypomnijcie
sobie ceny pierwszych „komórek”
– mózg stawał w poprzek! Na nasze szczęście
wszystko po jakimś mniejszym, lub większym
czasie powszedniało i dzięki rynkowym regułom
taniało, a mogłoby to czynić jeszcze bardziej
gdyby nie złodziejska pazerność naszego
Fiskusa! Tak, więc dzisiaj praktycznie komputer
można kupić bez specjalnego zachodu, byle tylko
mieć te papierki co to na nich pisze, że są środkiem
płatniczym. Niestety, wspomniane papierki nie
rosną na drzewach, ani też nie można ich
nazbierać w parku, lecz otrzymuje je się z reguły
jako zapłatę za ciężką pracę. Ich wydawanie
jest rzeczą mocno przemyślaną. Sprzedawcy pożądanych
przez nas dóbr, głównie komputerów i
wszystkiego co z nimi związane, robią absolutnie
wszystko, aby potencjalnego nabywcę zrobić w
tytułowego Qnia! Oto kilka moich „przypadków”,
które przydarzyły mi się na wyboistej drodze do
własnego, w miarę przyzwoitego, parametrami
„kompusia”.
Kilka dobrych lat temu, kiedy moja wiedza na temat
komputerów cienka była jak polsilver (takie żyletki
kiedyś były do skrobania męskich fizis, a ich
wersja hardcorowa to słynna „Krwawa
Rawa” – można było zostać bez
mordusi, nie wierzycie? spytajcie swoich Ojców!)
postanowiłem zmienić aktualnie użytkowany
komputer. Z uwagi na fakt, że z reguły takie
zmiany w moim domu przyśpiesza pojawienie się
jakiegoś giercowego Hitu, o ile pamiętam to
wtedy był to chyba pierwszy Sprinter Cell udałem
się w niezwłocznie w towarzystwie Ukochanej Żony
do…no właśnie gdzie? Rozum mi chyba wtedy
odebrało!
Polazłem do tego sklepu, „co to nie dla
IDIOTÓW” wierząc w uczciwość i magiczne
wtedy dla Polaków słowo „promocja”.
Za skrzynkę, bo za jasną cholerę (wrażliwych i
pięknoduchów przepraszam!) to nie był komputer!
Jak do tego doszedłem? W czasie dokonywania
zakupu jak 88 % populacji patrzyłem na wartość
procesora, która biła po oczach, a był to wtedy
Celeron 2.0 GHz, a nie na resztę podzespołów.
Dla porządku dodam, że za drania zapłaciłem
wtedy ok.2000 PLN. Po kilku dniach okazało się,
że karta graficzna w tym sprzęcie to nie jest wg
słów sprzedawcy MX GF- 400 SE z akcentem na SE
jako „special edytion” {czyli
mocniejsza i szybsza od podstawowej}, lecz
faktycznie jest „slow edytion” –
krótko mówiąc lipa i kit wciskanym naiwnym!
Niewiedza jest kosztowna, lecz to dopiero był
początek mojej przyśpieszonej edukacji
komputerowej za moją własną kasę. Postanowiłem
zatem zmienić grafikę. Świadomie rezygnując z
gwarancji mój kolega (w cywilu zawodowy
informatyk z tytułem inżyniera) otworzył
komputer zrywając plomby, aby dociec, jaka jest płyta
główna i dobrać do niej kartę graficzną.
Takiego wstydu nie przeżyję mam nadzieję już
NIGDY! Wojtuś, bo tak na imię ma ów kolega, człowiek
grzeczny i kulturalny popatrzył na mnie przeciągle
i powiedział, że zacytuję „...Coś Ty
k... mać kupił ?!...”.Okazało się bowiem
naocznie, że płyta główna komputera jest starożytnym
złomem o szynie AGP x 4, wobec czego
zainstalowanie jakiejkolwiek nowocześniejszej
grafiki nie wchodzi w grę! Konkluzja: dziada
sprzedałem do lombardu za kwotę 800 PLN i
jeszcze się cieszyłem, że znalazł się jeleń,
który to ode mnie wziął. Następcę tego rzęcha
budowałem wspólnie z moim synem i po kolejnych
upgrade-ach jest niezły. Tak, więc dałem się
zrobić w Qnia za własne pieniądze i straciłem
w ciągu dwóch miesięcy 1.200 PLN. Żona Kochana
pamięta mi to do dzisiaj!
Minęło parę lat. Z czasem moja wściekłość
wobec tych, co to „nie dla Idiotów”
osłabła, a ja sam sądziłem, że takie metody
nabijania w butlę już dawno minęły! No cóż,
gdybym miał tyle wzrostu, ile wiary w uczciwość
to pewnie piwo na Księżyc bym podawał!
Przyszła pora na zmianę monitora. Moja 15-to
calowa „Soneyka” się wypracowała i
nadszedł jej czas. Tym razem, pomny doświadczeń
przygotowałem się do tej operacji. Miałem przy
okazji małe fory, jako że mój syn w tym roku kończył
edukację w elektroniku i pracę dyplomową pisał
z monitorów LCD. Uzbrojony w synowską wiedzę
wkroczyłem na salony tych co to wiecie i rozpocząłem
łowy. Po kilku zaledwie minutach, gdy kontemplowałem
wystawioną ofertę towarową wspólnie rzecz
jasna z małżonką, podszedł do Nas osobnik w
firmowym wdzianku, obleczony w sztuczny firmowy uśmieszek
i spytał w czym może pomóc. Wyjaśniłem, że
marzy mi się zakup nowego monitora i najlepiej,
gdyby był on przyzwoitej jakości. Facecik nie
mrugnąwszy nawet okiem wskazał mi badziew o
firmowej nazwie nic mi nie mówiącej i czasie
reakcji matrycy 25 ms. Zapytałem grzecznie, czy
takie parametry jak szybkość matrycy, kontrast i
jasność świadczą o jakości monitora i w
odpowiedzi ten „gieniuś” ponownie
wskazał badziew i rzekł kierując słowa do
mojej żony, aby zobaczyła jak on ŚWIECI! Jak
pragnę zdrowia do końca swoich dni, użył tego
właśnie słowa!.
Monitor kupiłem zupełnie w innym sklepie. Kogo
mogę ostrzegam przed tymi co…
Tak więc z mojej praktyki wynika, że jeżeli
chcesz coś kupić to najpierw postaraj się o
wiedzę w tym zakresie, a dopiero potem wydawaj
swoje pieniądze. Niestety sposobów na rżnięcie
klientów jest wiele. Całkiem niedawno w
Katowicach zakończyła swój owocny żywot firma,
która przez całe lata wabiła klientów wybitnie
okazyjnymi cenami i dogodnym kredytem. Byt jej
przerwał jakiś mało INTELIGENTY klient, który
wbrew zakazowi zapisanemu w umowie kredytowej
otworzył kompa i w środku nie znalazł NIC, za
co zapłacił! Teraz wymiar sprawiedliwości i
policja mają zabawę z ustaleniem listy
wykiwanych. Tak na marginesie, optymalnym dla mnie
rozwiązaniem przy zakupie komputera jest
gwarancja tzw. złożona, czyli wymieniająca
poszczególne elementy komputera z wymienionymi
dla nich indywidualnie czasami gwarancji. Kupując
hipermarketowski zestaw nabywca sam sobie strzela
gola! Zakaz otwierania komputera pod groźbą
utraty gwarancji to delikatnie mówiąc
nieporozumienie, aby bardziej dosadnie tego nie
nazwać. Jedno jest pewne: przy zakupie komputera
należy zachować daleko posuniętą trzeźwość
umysłu i najlepiej skorzystać z pomocy osoby, która
jest „w temacie”, czyli sama
przynajmniej kilkakrotnie sprzęt wymieniała.
Z uwagi na fakt, że niniejszy tekst piszę 1
stycznia 2006 r. składam najlepsze życzenia,
pomyślności w Nowym Roku wszystkim czytelnikom i
sympatykom „PLAYBACKA” i proszę o
ostrożność przy zakupach, aby nie tracić pieniędzy
tak, jak to się stało w moim przypadku.
elmo:
Ech, tak... Te nasze dzisiejsze sklepy uwielbiają
na Nas zarabiać. Ale pomijając sam fakt oszustw,
powinniśmy się skupić także na ekspedientach,
których to Szanowny PIRX zaprezentował, w całkiem
nie najgorszym świetle. Wierzcie mi, znam gorsze,
czy może odpowiedniejszym słowem było by: śmieszniejsze
historie. Niestety za to wszystko odpowiada
system, który już od wielu lat funkcjonuje w
Polsce. Czyli, aby dostać pracę, trzeba mieć
znajomości, a umiejętności nabyte po jakże ciężkiej
i długiej edukacji, schodzą na drugi plan (więc,
po co się uczyć?- oto jest pytanie...). Hm...
Ciekawe przez czyje cztery litery trwa taki stan?
Czyżby przez naszych, kochanych hien w
garniturkach, które zdzierają jak się tylko da?
Nie dziwmy się potem, jeżeli idąc do sklepu,
wychodzi przed Nas ekspedient lub ekspedientka i
nie potrafi nawet nam wskazać napędu DVD, lub
jeszcze innego cuda techniki. Przypomniał mi się
w tym momencie dany kawał, gdzie klient spytał
sprzedawcę, czym różnią się płytki DVD+R i
DVD-R. Odpowiedź tego drugiego była jasna. Na
pierwszym rodzaju płytek można tylko nagrywać,
a na drugim tylko kasować pliki...
Ale dajmy spokojnie pracować ludziom dobrej woli,
bo z wiedzą to jest gorzej w ich przypadku. Z
kolei nie mogę pominąć kwestii gwarancji, która
mnie razi od samego początku idei plombowania
komputerów, czy raczej „puszek”. Ogólnie
pomysł jest poroniony, a ten, kto na tym myślał,
chyba na nic innego wpaść nie mógł. No, ale
okazało się, pomimo tego, że gwarancja na Naszą
przyszłą „skrzyneczkę” jest pomysłem
złym dla Nas, jednak dla producenta, a może
raczej dystrybutora, jest całkiem opłacalnym
interesem. Niech konsument żyje przez ten rok czy
może dwa, w błogiej nieświadomości, jaki to
sprzęt, a raczej złom postawił pod biurkiem.
Teraz niech każdy się zastanowi porządnie i
odpowie na moje pytanie. Czy gwarancja jest na
konkretne podzespoły, czy na fajne pudełeczko, w
którym „prawdopodobnie” znajduje się,
co chcemy? Tak na koński rozum, nie zepsuje Ci się
Drogi Czytelniku cały komputer, tylko dany
element. Niezwykle rzadko zdarza się, aby na raz
w naszym PeCecie padły dwa, lub więcej urządzeń.
Zresztą z tego, co wiem, np.: dysk ma inną
gwarancję niż karta graficzna. Nie chodzi tu może
o ogólne warunki jednak o czas. Czyli, mam
rozumieć, że gwarancja na cały
„piecyk” to średnia arytmetyczna
innych? Trochę dziwne to jest, ale też żyjemy w
dziwnym kraju, gdzie wszystko się może zdarzyć.
Drugą sprawą związaną z komputerami kupowanymi
w zestawach, jest dodawanie na siłę niechcianego
oprogramowania. Tylko pół biedy, jeżeli płacimy
za system, na który dostajemy licencję. Gorzej
już, gdy się okazuje, że za naszą „Windę”
zapłaciliśmy jak za zboże, a się okazuje, że
to zwykły pirat. Nie chcę wymieniać nazwy
supermarketu, który robił takie przekręty, bo
ani nie pamiętam nazwy, ani nie chcę im robić
pseudoreklamy, gdyż jak wiadomo każdy ma prawo
do błędów. Tylko, czemu tacy ludzie nie zostają
karani, tak jak zwykli szarzy obywatele? Oczywiście,
jeżeli byś został przyłapany z takim
komputerkiem w domu, to nie ma zmiłuj. Nic nie
dadzą tłumaczenia, że w „siupermarkecie”
mówili, że to oryginał, bo niby jak to
udowodnisz... Kiedyś, czytałem gdzieś, w
Internecie, artykuł o zamianie podzespołów pod
XP, a raczej o problemach z tym związanych.
Zwykle kupując zestawy z promocji, dostajemy
system na licencji OEM. Po około roku, kiedy
akurat wygaśnie gwarancja, dochodzimy do wniosku,
że przydałoby się trochę zmodernizować sprzęt.
I teraz wychodzi największy pikuś. Może i pamięci
RAM sobie dasz radę dodać. Dysku to raczej nie
zmienisz, bo nasz systemik odmówi posłuszeństwa.
Karta graficzna, no jeszcze może się uda, ale płyta
główna... Kaplica! Co byś nie zrobił, jedynym
wyjściem będzie zakup nowego systemu. No czyż
nie jest to idiotyczne. Jest to po prostu, nic
innego jak żerowanie na ludziach, oraz ich
niewiedzy. W gruncie rzeczy powinniśmy być już
do tego przyzwyczajeni, w końcu żyjemy w tym
kraju kilkanaście ładnych lat. Nawet najmłodsi
czytelnicy, sądzę, że już wiedzą, z czego to
wszystko się bierze.
A w „sklepie nie dla idiotów” nie
kupuje i myślę, że się to nie zmieni w najbliższej
przyszłości. Takie samo podejście mam do
wszystkich wielkich marketów i radzę Tobie,
Drogi Czytelniku, abyś przed każdym zakupem w
tych placówkach dobrze się zastanowił.
|