|
Niegdyś,
w czasach, gdy po prerii biegały jeszcze bizony,
a po niezbadanej Ameryce stąpali jeszcze
prawdziwi Indianie… No dobra, pod wpływem
Gun i The Western powoli tracę rachubę…
Rdzenna ludność Nowego Świata w istocie żyła
w dostatku jeszcze przed odkryciem niejakiego
Kolumba. I choć dziś większość czerwonoskórych
zamknięta jest w rezerwatach, kilku udaje się
zrobić karierę i podążyć za duchem czasów.
Takim
właśnie człowiekiem jest nasz bohater - Tommy.
A teraz proszę o uwagę, gdyż mam tutaj bardzo
mocny punkt tej zapowiedzi - ta gra anonsowana była
już 10 LAT TEMU! To nie jest złośliwy chochlik,
choć ten zapewne teraz wali się w głowę ze złości,
że najlepszy numer wymyślili „spece”
z 3D Realms (to Ci od DNF. Cóż - dziwi teraz
kogoś to opóźnienie?). Przed laty spółka głośno
reklamowała powstający tytuł traktujący o
olbrzymim, żyjącym statku obcych, twardym
Indianie i hordach obcych. Wiele się chyba nie
zmieniło, ale przyznacie, że 10 lat to okres tak
długi, jak krawat Andrzeja „Jak można zgwałcić
prostytutkę” Leppera. Oczywiście po takim
czasie nie jest to ta sama gra, choć założenia
nie zmieniły się zbytnio. Jednak przejdźmy
dalej: Tommy po wielkim sukcesie przybywa
dziarskim krokiem do baru i stwierdza, jak zrobiłby
każdy zdrowy mężczyzna, że zwycięstwo trzeba
oblać. Jednak po przepłukaniu gardzieli kilkoma
łykami chłodnego, imbirowego napoju, na miasto
(i świat), napadają obcy. Porywają oni
wszystkich, bez wyjątku. Porwani mieszczą się
na wielkim, biologiczny statku, który jest czymś
w rodzaju myślącej krzyżówki rośliny i zwierzęcia.
Kosmici nauczyli się wykorzystywać go do własnych
potrzeb, ale pupila należy też karmić…
Jako, że Indianin nie ma zamiaru skończyć
rozpuszczany w trzewiach napastnika, bierze giwerę
w dłoń i postanawia samodzielnie rozprawić się
z najeźdźcami…
Opisywana w tym numerze Tabula Rasa ma w zanadrzu
podobnie „oryginalną” historię, z tą
różnicą, że tam przynajmniej ludzie nie zostają
porwani, tylko zaczyna się wielka wojna…
Oba warianty są równie pasjonujące i zawiłością
fabularną nieznacznie wyprzedzają wyścigi żółwi
w deszczowy dzień, a także dylematy moralne ich
treserów, ale przecież nie o to biega! Lub, w
przypadku żółwi, nie o to chodzi. Ta gra ma to,
czego oczekuje się od nieskomplikowanego shootera
- mnóstwo broni i nietypowych przeciwników.
Tommy dość szybko zdobędzie pokaźny arsenał,
któremu daleko ma być do zwykłych pistoletów i
karabinów, tak ostatnimi czasy powszechnych. Potężne,
pięknie wyglądające narzędzia zagłady o
nietypowym działaniu są niemal gwarantowane! Twórcy
chętnie chwalą się tym, że poświęcili im
bardzo dużo czasu. Tak jak wrogom zresztą, którzy
zupełnie nie przypominają tego, co widzieliśmy
wcześniej w grach Id z Doomem 3 na czele. Małe
dziewczynki i chłopcy o świecących oczach i
maniakalnej chęci zrobienia nam krzywdy,
nienaturalnie wygięte, poczwary, wielkie stwory o
oczach muchy i kończynach pająka, czy wywrócone
na lewą stronę, dwunożne kreatury, aż strach
się bać! Ponoć bestie są zresztą wzorowane na
straszliwych wytworach drżącego pióra kilku
znanych autorów powieści grozy. Nie obce mają
być sceny rodem z dobrych horrorów, makabryczne
i przerażające wizje będą prześladować
naszego bohatera niejednokrotnie. Zaś takiego
bestiariusza jeszcze nigdzie nie widziałem, zaś
na pewno nie w bólu klasycznych Doomie 3 i Quake
4!
Nawiązanie do wcześniejszych dokonań nie jest
zresztą przypadkowe, bo gra działa na tym samym
silniku graficznym. Został on dodatkowo
podrasowany i są tu już chyba naprawdę ostatnie
jego soki! Postacie i lokacje statku nie wyglądają
tak plastikowo jak w wyżej wymienionych tytułach,
wszystko wręcz epatuje szczegółami! Cudownie, a
do tego włos się jeży na głowie na widok
imponujących dokonań grafików. Ponieważ engine
niezbyt dobrze sobie radzi z rozległymi
przestrzeniami, umiejscowienie akcji w kosmosie
gwarantuje, że gracze nie będą zadawać kłopotliwych
pytań, dlaczego nie mogą wyjść na zewnątrz
kompleksu? Aby urozmaicić poruszanie się po
olbrzymim, żywym stworzeniu obiecano między
innymi… Możliwość zmiany grawitacji. To
zaiste niesamowity magnes produkcji, bo doskonale
byłoby móc nagle zaskoczyć wrogów strzelając
doń z sufitu, prawda? Jeśli w tej grze pojawi się
opcja rozgrywki dla wielu graczy (wciąż nic nie
wiadomo, jak na razie i tak się cieszmy bo
skupiono się na kampanii), szykuje się ciekawe
doświadczenie. Sama idea jest zresztą genialna i
na pewno nada rozgrywce dodatkowej głębi. Na
swej drodze napotkamy też portale łączące dwa,
różne miejsca. Będą mogli przechodzić przez
nie wrogowie i my, ale też nie zaszkodzi władować
w nie kilka pocisków, które uderzą w tłoczące
się po drugiej stronie, niczego niespodziewające
się żywe cele.
Jeśli o grawitacji mowa, nie zabraknie też
specjalnej broni pozwalającej unosić przedmioty
i miotać nimi w przeciwnika, której alternatywne
wersje zdążyliśmy już poznać i pokochać w
drugim Half Life’ie oraz dodatku do
trzeciego Dooma. W połączeniu z ponoć
dopracowaną fizyką, praca może dać nieziemsko
dobry efekt. Z nietypowych patentów warto wymienić,
że po zabiciu określonej liczby wrogów, niczym
Daniel z Painkillera, Tommy zmieni się w groźnego,
krwiożerczego demona, który z pianą na ustach
rzuci się w wir walki. Zamiast typowej śmierci i
czarnego ekranu z napisem „koniec
gry”, tak jak w sławetnym WoW bohater
przeniesie się do świata umarłych -
alternatywnej rzeczywistości pełnej cieni i duchów.
Jeśli uda mu się wytrwać i zakończyć
ostatecznie żywot kilku zjaw, powróci do żywych,
ale porażka zakończy się ostatecznym końcem
egzystencji. Narracją zajmie się dziadek herosa,
szaman, dzięki któremu nasz Indianin zawdzięcza
zresztą swe nietypowe umiejętności.
Prey ukaże się już w nowym roku i choć
premiera była już przekładana jakoś dziwnie
wierzę, że obejdzie się bez większych poślizgów.
Póki co pozostaje czekać, a naprawdę jest na
co. Nietypowa fabuła, bohater, którego nie
widzieliśmy jeszcze nigdzie indziej i cała masa
genialnych patentów, powiadam Wam, już dziś
napełniajcie kieszenie. Dzieło 3D Realms opróżni
wam je skutecznie.
|