|
Są
gry, na które, po prostu, czeka każdy. Różni gracze,
miłośnicy czasem zupełnie odmiennych tytułów - jak
jeden mąż szturmują na półki sklepowe, aby poczuć w
ręku i wkrótce włożyć do stacji dzieło, na które
oczekiwali tak długo. Portfel czasem chudnie aż za
nadto, ale nic to, prawdziwego fana nie odstraszy nawet
nielicha cena.
Moje i wielu innych oczy skierowały się
ostatnimi czasy na King Konga, murowany hit ze stajni
Ubisoftu. Warto wspomnieć, że tytuł powstał z ręki
Michaela Ancela, twórcy Beyond Good & Evil (czekamy
na część drugą, są szanse, że naprawdę się ukaże!),
zaś przy pracach czuwał również sam reżyser filmu -
Peter Jackson. Jak zresztą krążą plotki - to on
ubiegał się o to, aby przeniesieniem na ekrany monitorów
jego obrazu zajął się właśnie Michael. I cóż - po
napisaniu trzech zapowiedzi (z czego jedna nie była
publikowana, ale mniejsza), przeczytaniu niezliczonych
informacji, śledzeniu z zapartym tchem każdej, nawet
najmniejszej wzmianki w Internecie i wreszcie, po ukończeniu
Peter Jackson's King Kong wiem, że w istocie gra okazała
się spełnieniem moich marzeń, choć nie jest
pozbawiona wad.

Jeśli byliście w kinie, lub też przeczytaliście naszą
recenzję z tego numeru (a jeśli nie przeczytaliście -
biada Wam i nie przyznawać mi się do tego), to już
pewnie wiecie, że na Wyspę Czaszki wyrusza reżyser
Carl Dehnam, w towarzystwie scenarzysty Jacka i aktorki
Ann, uważając tajemniczy plener za doskonałą
scenografię do nowego filmu. Ląd okazuje się być
schronieniem dzikusów, dinozaurów i pewnego wielkiego
goryla, który po pewnym czasie zaczyna czuć do panny
Darów miętę. W grze historia opiera się na podobnym
szkielecie i bardzo wiele jest nawiązań do oryginalnej,
kinowej fabuły, choć w zasadzie komputerowy King Kong
jest związany z przebojem dość luźno. Wydarzenia pomiędzy
tymi "punktami zwrotnymi" są zupełnie różne
od tych z kina, ale cóż - trzeba było wszystko
przystosować do gry, w której przecież zdecydowanie więcej
jest walki, przeciwników i broni, nieprawdaż? Postaci i
scenerie pozostały niezmienione - aktorzy, którzy wzięli
udział w filmie podkładają głos w grze, zaś graficy
postarali się o to, aby modele postaci były do oryginałów
bardzo podobne. Udało się również z Kongiem, który,
jak żywo przypomina przepiękny odpowiednik autorstwa
grafików Jacksona. I choć nie twierdzę, twarze postaci
mogłyby być bardziej bogate w szczegóły, zaś przy
zbliżeniach wielka małpa i inni nie wyglądają aż tak
imponująco, to i tak godne podziwu jest to, z jaką
pieczołowitością starano się oddać wygląd bohaterów.
Grafika prezentuje się bardzo nierówno. Momentami płaskie
tekstury i uproszczenia aż kłują w oczy, zaś innym
razem doskonałe (naprawdę!) efekty świetlne, modele
przeciwników, ogień, filtry graficzne i mgła sprawiają,
że aż chce się przystanąć i obejrzeć piękną dżunglę...
Swoją drogą mielibyście dziś niezłą radochę, gdyby
tylko Fraps (program służący mi do zapisywania zrzutów
z gier) nie odmówił współpracy, bo chętnie pokazałbym
Wam całą galerię niedoróbek. Zdarzyło Wam się kiedyś,
że gdy podeszliście zbyt blisko ściany z włócznią,
ta, wraz z kawałkiem ręki, wtopiła się w nią? Albo
widzieliście głowę dinozaura przechodzącą przez skałę?
Tudzież lewitujący głaz? Chętnie udostępniłbym Wam
też widok na to, jak naprawdę wyglądają niektóre głazy,
czy podłoże, bo to aż wstyd. Bitmapy są bowiem płaskie
niczym Maria Kaczyńska. Mimo znaczących uproszczeń nie
sposób odmówić grze uroku, bo naprawdę momentami miałem
ochotę krzyczeć ze szczęścia, czy to ze względu na gęstą
roślinność, czy fenomenalne projekty potworów... Już
po demie zachwycił mnie imponujący deszcz (czegoś
takiego jeszcze nie było!) i rozmycia ekranu po głośnym
ryku T-Rexa, czy Konga. Te efekty naprawdę wprawiają w
osłupienie.
Nie dziwota zresztą, bo nad warstwą techniczną
produktu czuwali filmowcy. Widać to też po muzyce, nad
którą zachwycałem się przy okazji filmu. Mocny motyw
przewodni wpada w ucho. Nie rozczarowują też pozostałe
utwory, o zmianie ich w zależności od tempa akcji chyba
nie warto wspominać, liczę na Waszą inteligencję (a
skoro zabraliście się za czytanie Playbacku z pewnością
macie jej całkiem sporo ;]). Zadziwiają też dźwięki
- szelesty w gęstych trawach, plusk wody, bzyczenie owadów,
a nawet ryki. Często zdarza się zresztą, że pełnią
one funkcję pewnego przewodnika - jeśli słyszysz, że
jakiś drapieżnik pożywia się padliną, a z uszu
dobiegają kroki masywnego stworzenia, lub jego nawoływanie,
możesz być pewien, że lada moment spotkasz którąś z
potworności Wyspy Czaszek. Niby mała rzecz, a przywiązanie
do niej tak dużej wagi cieszy. O czym napomknąłem, w
grze usłyszycie głosy aktorów z kina, którzy spisali
się bardzo dobrze. Wszystko brzmi naturalnie, ale bądźmy
szczerzy, po niektórych zawodu spodziewać się nie można
i nie wyobrażam sobie, aby tak wielkie nazwiska zawaliły
na całej linii.

Dziwi mnie troszeczkę niewykorzystanie filmowych
scenek. Fakt - historia przebiega inaczej, ale jest kilka
dobrych, uniwersalnych momentów, które chyba możnaby
zobaczyć w grze? Niestety, tylko intro, niejako
wprowadzające Nas na Wyspę Czaszek, korzysta z dorobku
Jacksona. Może to i dobrze, bo czcionka jest w nim
beznadziejna! Słów kilka o polonizacji powiem jednak w
swoim czasie. Jedną z najgłośniej reklamowanych
ciekawostek była możliwość pokierowania nie tylko
Jackiem, ale i wielkim Kongiem. Różnica jest,
zapewniam, spora! Scenarzysta przemierza dżunglę w
poszukiwaniu Ann, często towarzyszą mu przyjaciele.
Wyzwaniem są dla niego początkowo gigantyczne robale, później
drapieżne dinozaury. W pełnych napięcia scenach broni
siebie (i innych) przed pazurami i zębiskami, zatrzymując
nieprzyjaciół bronią palną, bądź... dzidami. To dość
ciekawa sprawa, bo włócznie mają bardzo wiele
zastosowań. Po pierwsze można nimi odstraszać wrogów,
ale jest to dość głupi pomysł, bo nie da się ich tym
sposobem zabić, dlatego przez większość czasu, mimo
wszystko, miotamy je w cielska bestii. Możemy nań nabić
larwy, bądź spore komary, zaś po wyrzuceniu takiej
przynęty, błyskawicznie wszystko co chodzi, lub pełza
wychodzi w kryjówki aby pożreć pokarm, co daje nam
oczywiście niepowtarzalną możliwość zastawienia pułapki.
Niestety, próby stworzenia kilkudaniowego szaszłyku spełzły
na niczym, nad czym ubolewam. Zdarza się też, że będąc
w pobliżu źródła ognia nasz kij podpalamy, co nadaje
mu dodatkowe znaczenie. Wiadomo - można wykorzystać
skwar przeciw gęstym chaszczą, a jeśli ukrywały się
w nich dinozaury - to i one szybko się zajmą płomieniem.
Poza tym taka dzida zadaje znacznie większe obrażenia.
A skąd zabieramy taką broń? Mieszkańcy wyspy
poukrywali na całym lądzie mnóstwo specjalnie
przygotowanych egzemplarzy, zaś drugie tyle możemy
uzyskać z kości porozrzucanej tu i ówdzie padliny. Z
pistoletów, karabinów zwykłych i snajperskich, oraz
shotgunów (hmmm... dość mały arsenał, nie powiem,
ale widzę to dopiero teraz, pisząc recenzję, w trakcie
gry w ogóle to nie przeszkadza) strzelać warto, bo nie
trzeba tracić czasu na szukanie kolejnych włóczni, a
ponieważ podczas dynamicznych starć biegamy i unikamy
szczęk, zdarza się, że jesteśmy za daleko szczątek,
czy skupisk tychże. Na niektóre drapieżniki pociski
działają zresztą lepiej (ale rzadko, bardzo rzadko) no
i nie ma takiej tragedii, kiedy nie uda się trafić w dużego
nietoperza, bo nie masz na karku całego roju pobratymców,
ponieważ od razu można drugim strzałem trafić mu między
oczy, nie zaś pędzić po kolejną sztukę broni. Spore
zastosowanie ma snajperka, którą, po cichu, zdejmujemy
śpiące/pożywiające się potwory. Jednak co jakiś
czas trzeba nasze narzędzia destrukcji przeładowywać,
zaś naboje kończą się zaskakująco szybko. Nadaje to
walce niesamowitego dynamizmu, gdyż strzały przeplatamy
też wyrzuceniem zaostrzonego narzędzia dzikich plemion.
Nieustannie trzeba też myśleć o sensownej kryjówce,
szczególnie w późniejszej fazie gry, kiedy wrogów
jest bardzo wielu i to dość potężnych. Warto wspomnieć
o łańcuchach pokarmowych, jeśli zabijesz któregoś z
małych dinozaurów możliwe, że zainteresują się nim
większe. Szczególnie przydatne jest to gdy stajemy
przed T-Rexami, których nie powalą żadne strzały i które
szerzą panikę, mrok i śmierć. Mimo, że gra jest dość
oskryptowana zależnie od naszych działań różnie będzie
wyglądać pole bitwy. Często chowając się za
przeszkodami sprawimy, że wkurzony gad w końcu je
rozwali, zaś taktyka "płomiennych dzid"
pozostawia za sobą wiele spalonych chaszczy. Cóż mogę
powiedzieć- poezja. Jest inaczej niż w każdym innym
fppie, zastosowano kilka nietypowych rozwiązań, całkowicie
zrezygnowano z interfejsu! Żadnych ikonek, pasków, wskaźników-
ha i to dopiero uderza i sprawia, że przez pierwsze
minuty czułem się tak dziwnie w skórze Jacka, niby
intruz. Nie ma również apteczek, no bo co- dzikusy
pobawiły się w dobrą samarytankę i porozrzucały po
całej dżungli? A może spadły z nieba? Po uderzeniu w
Nas ekran robi się czerwony i zaczyna się niepokojący
motyw muzyczny przywodzący na myśl ostatnie chwile
Maximusa z Gladiatora - chór, świadomość, że to może
być koniec twej egzystencji... To naprawdę niesamowity
efekt, również graficzny, bo całości towarzyszą
efektowne rozmycia. Wówczas trzeba uciec w bezpieczne
miejsce i chwilkę odczekać. Gra jako Jack to nieustająca
gonitwa, walki i, naprawdę nie ma czasu na nudę! Jedyne
spokojne chwile to czas kiedy poszukujemy dźwigni do drążków
otwierających specjalne drzwi. Nawiasem mówiąc pełno
tych mechanizmów na wyspie. Liczy się każdy nabój
(swoją drogą Hayes porozrzucał ich po dżungli z
wodolotu bardzo wiele, statek z filmowcami był chyba w
istocie olbrzymim okrętem z żołnierzami płynącymi do
Iraku, bo tak w grze, jak i w filmie, karabinów tam aż
po sam dach! To wszystko jednak betka wobec...

Gry King Kongiem! Gdy wchodzimy w skórę kilkudziesięciometrowej
małpy widok zmienia się z pierwszej osoby na trzecią,
choć nie zawsze, bowiem zastosowano mnóstwo sztuczek z
kamerami i, co ważne, wcale nie tak zwariowanymi! Akcję
widzimy ze skrajnie różnych ujęć, co dodatkowo nadaje
filmowości rozgrywce. Kamery są niczym bita śmietana
na torcie - doskonałym zwieńczeniem całości i naprawdę,
nigdy nie wariują jak choćby te z Path of Neo. A jak
wrażenia z gry królem? Cóż - jest ona swego rodzaju
nagrodą, gdyż gorylem sterujemy znacznie rzadziej niźli
Jackiem. Tutaj nie można się już chować pomiędzy
ruinami, zaś jedyną szansę przeżycia jest walka.
Istny balet, Kong nie zadaje może tylu ciosów co Prince,
ale też dlatego, że nie jest taki lekki. Każde
uderzenie to wydarzenie, widać, jak z mozołem
kilkutonowa łapa uderza w szczękę T-Rexa, jak wgniata
w ziemię miotających włóczniami tubylców. Akcję,
tak jak we wspomnianym już Prince of Persia, podzielić
możemy na dwie "fazy". Pierwsza to epizod
intensywnej jatki z wielkim wrogiem, o którego
unicestwieniu tylko marzyć może słabowity Jack, druga
- skoki, susy i akrobacje, choć raczej często będziemy
je wyczyniać pod presją jak najszybszego dostania się
do wrzeszczącej w niebogłosy (Jezu, ile ta kobieta ma
ary w płucach, niesamowite!) Ann, czy po prostu - będąc
pod ostrzałem dzikusów. Akcja jest bardzo intensywna,
zaś adrenalina wręcz wyłazi z żył i gdyby była
gazem, możnaby ją było kroić w powietrzu ostrym nożem!
Naprawdę udało się Michaelowi i faktycznie czuć wielką
masę Konga. Powolne skoki, bujanie się na gałęziach,
to robi wrażenie! Co więcej jeśli dostatecznie długo
będziemy wciskać przycisk furii gra zmieni barwy na
kolory sepii, a nasz heros zyska na szybkości i sile
wpadając w bitewny szał. Zadbano o to, aby potyczki były
efektowne pod względem audiowizualnym. Wspaniałej
muzyce towarzyszą błyski i nagłe spowolnienia akcji
kiedy tylko pięść zetknie się z cielskiem ofiary.
Naturalnie król nie jest nieśmiertelny, zaś żywot
stracić nim dość łatwo, wystarczy kilka mocniejszych
uderzeń i już Kongowi robi się przed oczyma czerwono,
tak, jak słabemu Jackowi. Wtedy trzeba uciekać, wspinać
się, lub zasypać wrogów gradem ciosów. Mam wrażenie,
że gdyby oddać wielką małpę graczom na odrobinę dłużej,
dotkliwiej poczuliby niezbyt imponującą paletę ciosów
(no dobra, nie przeszkadza to w grze dzięki kilku cwanym
patentom, ale gdyby Konga było więcej...). Nie ma
jednak co narzekać, naprawdę przednia zabawa!
A teraz to, co recenzent mojego pokroju lubi najbardziej,
miód życia, clue recenzji, piękna królewna w ponurym
zamczysku - wady. Tak, drodzy państwo, mimo tych
wszystkich wspaniałości i moich wywodów na temat
"Dlaczegóż to King Kong jest najlepszym tytułem
tej zimy" błędów jest i to dość wiele. Pomijając
opisywane przekłamania graficzne, czy brzydką czcionkę
przy intrze, razi i to dość wyraźnie, brak zapisu
stanu rozgrywki w dowolnym momencie. Jest to pozostałość
po wersji konsolowej, robionej zresztą w tym samym
czasie co tą pc’tową. Przez to zapewne cierpimy również
na graficzne uproszczenia. Mnie osobiście irytuje, kiedy
po śmierci przenoszę się w zaplanowane przez twórców
miejsce, często odległe od tego w którym miałem wątpliwą
przyjemność być zagryzionym (tudzież zadeptanym).
Iluzją jest zapis w menu, nawet jeśli wyjdziemy z gry i
do niej wrócimy, automatycznie zostaniemy przeniesieni
do punktu kontrolnego. Nie jest to, fakt, olbrzymia wada,
bo wielkim problemem nie jest podejść kawałek (lub
kawał) drogi, ale w dzisiejszych czasach nie wygląda to
za wesoło. Czemuż nie wzorowano się na doskonałym
CoD2, w którym podobne rozwiązanie zrealizowano po
stokroć lepiej? Co do polonizacji, to nie można mieć
niemal żadnych zastrzeżeń. Grę zlokalizowano kinowo,
przydając napisy, które wyświetlają się pod
wypowiedziami towarzyszy. I dobrze, bo dubbingu nie było
i w kinie. Za to dziwi mnie, że parę razy w grze
pojawiają się osobliwe litery jak "U" ze ślaczkiem
przy końcu obok zapytajnika, czy podobne "przeróbki".
Domyślam się, że jest to wynikiem jakiegoś
niedopatrzenia, ale przecież tekstu w grze wcale nie
jest dużo, a czasu panowie z Cenegi mieli multum.
Niekiedy zdarza się również, iż napisy nie są wyświetlane,
podczas gdy aktor mówi swoją kwestię, bądź pojawiają
się z opóźnieniem. Nie ma co jednak narzekać - dobra
robota. Frustrują za to losowe dialogi podczas wyprawy.
Na czym to polega? Kiedy akurat nie strzelamy ku jakiemuś
przerośniętemu gadowi pomiędzy bohaterami nawiązuje
się rozmowa, bądź ktoś rzuca jakąś zgrabną maksymę.
Kiedy jednak usłyszałem po raz czwarty Dehnamowe
"Ta wyspa jest... niesamowicie niesamowita", zaś
Jimmy chwilę później skwitował słowa reżysera nie
pierwszy raz szepcząc "Ta wyspa jest... przerażająca"
aż chciało mi się zatkać im usta dzidą, ale
naturalnie nie można zranić poplecznika, za co winę
ponosi piekielna liniowość. Fakt - zgrabnie ją
zamaskowano, bo gra jest tak intensywna, że nie ma czasu
na myślenie "Kurczę blade, dlaczego biegnę w
jednym kierunku zamiast wybrać drogę, którą podążę
do celu", ale jest tak, że niestety ZAWSZE
poruszamy się po jedynej właściwej ścieżce, co, z
pewnością, sprawia, że tytuł jest tak jednorazowy.
Wreszcie stwierdzam, że gra jest o wiele za krótka. Dwa
wieczory i Kong już szaleje na Broodwayu, a chyba nie o
to chodziło? Groteska - film za długi, gra za krótka -
cóż za ironia... Ale mi nie było do śmiechu, że
portfel schudł o blisko sto złotych, zaś nie pomyślano
o multiplayerze, czy nie wydłużono gry. Do ponownego
przejścia mają, rzekomo zachęcać różne bonusy, które
można zebrać, ale mnie jakoś to nie nakręciło. Niewątpliwie
trafionym pomysłem jest idea doboru ukończonych poziomów,
które chcemy przejść jeszcze raz w dowolnej kolejności.
Pora kończyć. Pamiętacie może Władcę Pierścieni,
kiedy Aragorn mówił "Gondor wzywa Rohan", na
co Theoden zwykł odpowiedzieć "A Rohan
odpowie" - dzięki szalenie inspirującej muzyce aż
ciarki przeszły mnie po plecach, kiedy ją obejrzałem.
Parafrazując - Czytelnicy wzywają Playback, czy Peter
Jackson's King Kong wart jest zakupu? A Playback odpowie:
Co ty tu jeszcze, do diaska, robisz, kupuj, kupuj, ale to
już!
PS: Fraps już działa i udało mi się dziabnąć kilka
"byków". Zapraszam do działu "Ustrzel
Screena"! PS2: Wady
wymienione przez Szanownego Papkina są raczej
tradycyjnymi wadami gier, które zupełnie niepotrzebnie
zostają skonwertowane na PC. (Gra "King Kong"
jest, w mojej opinii, TYPOWĄ grą konsolową - ma zająć
konsolowego gracza zręcznościowym podejściem, efektowną
rozgrywką, nie zanudzić, nawet wyraźnie widać, że
sterowanie z widoku FPP jest robione pod pada.) Tak więc
nie może być za długa, błędy graficzne przy
konwersji to normalka, poziomy trudności niepotrzebne
(gra się sama dostosowuje do umiejętności gracza), o
zapisie w dowolnym momencie nie ma co marzyć, inne bugi
też w sumie mogły się przydarzyć. Pragnę więc tą
krótką dygresją zwrócić Waszą uwagę, iż to, co
dla gracza pecetowego, jakim jest Papkin, wydaje się
wadami, dla mnie - gracza konsolowego - to normalka. I wg
mnie "King Kong" zasługuje na wyższą ocenę,
aniżeli 8+. Dziękuję. :) (Gecik)
|