Przygody w kraju nad wisłą

Dobre gry przygodowe to dla polskich producentów temat już zamknięty. Od kilku lat, autorzy hitów, dzięki którym zaistnieli w branży całkowicie odcinają się od tego wspaniałego gatunku. Jedynie jeszcze rodzimy LK Avalon nie pozwala nam zapomnieć jak wyglądały produkcje, których żadna firma nie musiała lokalizować... Czy pozostanie nam tylko pamiętać o tym, co było? Jakie były te dawne przygodówki ? Jak wygląda przyszłość gier przygodowych w naszym kraju ?

Przemysław "Olbaid" Popielec i Jakub "Loonatyk" Kralka

    Od czego się to wszystko zaczęło? Na początku 1993 roku znana firma Metropolis stworzyła grę Tajemnica Statuetki. Na czele twórców stał Adrian Chmielarz, obecny szef People Can Fly, zespołu odpowiedzialnego za stworzenie Painkiller. TS była pierwszą polską przygodówką, która ukazała się na PC. Została wykonana w mało popularnej technologii digitalizowanych zdjęć. I to w bardzo słabej jakości. Na sukces produkcji wpłynęła z pewnością wspaniała fabuła i wyrafinowane zagadki, nad którymi czasem naprawdę trzeba było pomyśleć. Zdjęcia do gry zrobiono w Nicei, Monte Carlo i Saint Tropez oraz w zborze kalwińskim w Jedrzychowicach. W TS wcielamy się w postać agenta, którego zadanie polega na rozszyfrowaniu zagadki znikających na całym świecie posążków. Okazuje się, że są one potrzebne jednej z sekt, która w ten sposób chce wskrzesić swego pana. Zadanie gracza jest oczywiste. Napisana w Assemblerze Tajemnica Statuetki w roku 2004 nie może już nic zaoferować poza paroma dniami łamigłówek.

Niespełna 2 lata po ukazaniu się Tajemnicy Statuetki firma Metropolis potraktowała nas Teenagentem, który w 1995 roku "przeniósł" się na CD z dodaną ścieżką dźwiękową. Fabuła, na dzień dzisiejszy bardzo oklepana, niegdyś odkrywcza i pomysłowa. Musimy się wykazać. Rozszyfrowanie zagadki to robota na 1-2 dni. Następnie zostajemy zwerbowani do organizacji tajnych agentów i praktycznie na tym gra się kończy. Mimo wszystko jest to produkcja godna uwagi - takiej dawki naprawdę zabawnego humoru w wielu grach nie uświadczycie. A jest to humor typowo polski, który z pewnością Was rozbawi...Grafika nadal miła dla oka (przynajmniej mojego, ale ja gram tylko w takie gry). Zagadki są typowo przygodówkowe - klikaj wszystko na wszystkim. Była to przedostatnia produkcja Adriana Chmielarza, która należała do opisywanego przez nas gatunku. Potem pojawił się Książe i Tchórz...



Przed zagraniem w Księcia i Tchórza, należy przeczytać książkę Jacka Piekary wydaną w 2000 roku o nazwie Arivald z Wybrzeża, ponieważ akcja książki dzieje się przed wydarzeniami z gry. Autorem tego zbioru ośmiu opowiadań jest nie byle, kto, a mianowicie człowiek, który napisał kilka książek (jedna pod zagranicznym pseudonimem), parę tysięcy artykułów i opowiadań (były redaktor Gamblera, obecnie Clicka!). Razem z Adrianem Chmielarzem prowadził audycje radiowe, pracował w telewizji i jako reżyser dubbingu. Obecnie jest prowadzącym dwumiesięcznika Fantasy. Ostatnio zabłysnął dwoma książkami o inkwizytorze w alternatywnym świecie, gdzie Chrystus zszedł z krzyża i wraz z apostołami, stalą i siarką wymordował pół Jerozolimy, czyli, Sługa Boży i Młot na Czarownice. Po raz pierwszy czytelnicy mogli zapoznać się z przygodami Arivalda w numerach nie ukazującego się już Fenixa.

Arivald jest samozwańczym niemłodym już magiem. Kiedyś nazywał się Penszo (zmienił imię, bo pasowało do jego przyszłego fachu jak pięść do nosa) i wiódł życie najemnego żołnierza, barda i włóczęgi. Dzięki tak bogatej biografii Arivald dorobił się solidnej krzepy, zamiłowania do krasnoludzkiego spirytusu i przygód miłosnych z dorodnymi niewiastami. Zdecydował się towarzyszyć w wędrówce magowi, który niestety umarł. Arivald zabrał po nim magiczną księgę, kryształową kulę oraz magiczną różdżkę. Od tamtej pory stał się czarodziejem bractwa Silmaniony. Akcja opowiadań dzieje się w barwnym świecie fantasy. Arivald na swojej drodze napotka wiele przygód np.: pomoże pięknym księżniczkom, rozwiąże zagadkę krasnoludzkiej kopalni, spotka wampira i wiecznie pijanego wiedźmina, ( w książce jest więcej takich nawiązań!) zajmie się losem prześladowanych przez Inkwizycję wiedźm, a nawet powstrzyma inwazję magicznym pomidorów! I nie wymieniłem wszystkiego, ponieważ w powieści jest tyle akcji, że głowa mała.

Książka została sprawnie napisana, poprawnym językiem, zawiera dużo humoru, często naturalnego, a nie sztucznie wymuszonego. Czytelnik czuje więź psychologiczną z głównym bohaterem, martwi się o losy tego starego, poczciwego maga. Wraz z grą Książę i Tchórz to pozycja obowiązkowa, pokazuje, że Piekara jest pisarzem klasy światowej.

Dość o książce teraz o grze. Gra Metropolis wydana w 1998 roku nawet dziś może się podobać! Zaczyna się od okrzyku Arivalda głosem Kazimierza Kaczora. Tylko, że Arivald jest martwy... I to nam w skórze księcia Galadora przypadnie zaszczyt przywrócić mu życie, a potem zdobyć pewną niezłą dupę... znaczy niewiastę Smile. Okazało się, że pewna demoniczna postać zamieniła się z nim na dusze. Aby odkręcić tą sytuację nasz bohater musi się wybrać do czarnych i gorących czeluści piekieł na spotkanie z samym Nosicielem Światła, czyli Lucyferem. Do tego droga jest długa i jakże pełna śmiesznych sytuacji i gagów! Zagadki są ciekawe i czasem ich pomysłowość potrafi szczerze zaskoczyć. Postacie barwne i śmieszne od grabarza do samego Lucyfera. Za fabułę odpowiedzialni byli Jacek Piekara i Adrian Chmielarz, akcja w grze jest jej najmocniejszą stroną, ale nie tylko to przykuwa do monitora. Grafika jest ręcznie rysowana, bez pikseli i jakże ładna, bez wątpienia po tylu latach nadal potrafi spowodować zaspokojenie piękna. Do tego dochodzą płynne animacje.



Muzyka w grze nie razi, ale i nie powala, najważniejsze w dźwięku są głosy lektorów. Wręcz fenomenalnie spisał się Kazimierz Kaczor, jego kwestie, które wypowiada w karczmie zalatują naturalnością i chce się tego słuchać. Ogólnie gra się prawie nie zestarzała i mogę ją polecić razem z książką Piekary każdemu, ten zestaw to bardzo dobry prezent. Adrian Chmielarz już wtedy pokazał swój wielki talent.

Kajko i Kokosz

286 DX, aż 1 MB RAM, kilka MB wolnego miejsca na dysku, To są wymagania gry zrobionej przez firmę Seven Stars w roku 1995, o nazwie Kajko i Kokosz. Dziś to nastraja wszystkich do refleksji jak taka gierka mogła bawić, a jednak radowała! Akcja gry nawiązuje do komiksu Janusza Christy o nazwie "W krainie Borostworów". Jego komiksy emanują polskością, wspaniałymi pomysłami i są lubiane w naszym kraju. Z grą jest podobnie, miło sobie pozwiedzać gród Mirmiła, porozwiązywać słowiańskie problemy. Popatrzeć na puszczę, w której grasuje niedźwiedź, pozbierać zioła, przeżyć prawdziwą słowiańską przygodę!

Gra pokazuje nam, że nasi dziadowie przed zdradą Mieszka ( tak, Mieszko zdradził własną religię przodków dla chrześcijaństwa...) mieli bujne i ciekawsze życie. W końcu latanie za rusałkami jest lepsze niż wyznawanie Żydów. Rozmarzyłem się, a może to moja słowiańska krew zaczęła się rozgrzewać? W końcu najłatwiej krew rozgrzać gorzałką. A mówią, że Latynosi są gorącokrwiści, a jak oni mają tacy być, skoro tam u nich jest ciepło i wódki nie potrzebują? Smile Tylko my bracia Słowianie możemy mieć ciepło w żyłach i często mamy.

Jak można się domyślić w grze kierujemy poczynaniami dwójki kumpli, czyli Kajkiem i Kokoszem. Najpierw gra była wydana na Amidze i zbierała dobre noty, przenosiny na PC nie dały jej takich pochwał. Muzyki tu nie ma, odgłosy mizerne, grafika na podstawie komiksu nawet ładna, oczywiście nie w dzisiejszych czasach, bo teraz to widać ładne chęci zobaczenia czegoś poza pikselami. Grywalność w współczesnym wieku mniejsza, ale gdy ja grałem w rok po premierze to nie mogłem się oderwać przed końcem gry! Zagadki są bardzo nielogiczne, czytelnicy komiksu będą mieli o wiele łatwiej, ale Ci nie oczytani zawsze mogą poczytać tylko, że solucję Razz. Gra teraz może już zachwycić tylko dzieci, które zapoznały się niedawno z komiksem i chciały spróbować swoich szans w grze oraz oczywiście zapaleńców i masochistów starego grania. Zresztą z masochistami jest zawsze różne. Na przykład w tym kawale, rozmawiają masochista z sadystą: - Bij mnie! - Krzyczy masochista. Oj nie będę, nie będę.- Odpowiedział mu sadysta...

Kolejną produkcją Seven Stars była gra Wacki. Produkcja osadzona w znanym nam doskonale świecie - polskich blokowiskach (później przenosimy się do Australii, Ameryki i Afryki). Bohaterami gry znowu stał się nierozłączny duet - tym razem byli to Edek i Franek. Pewnego dnia na ich osiedlu rozbił się statek kosmitów, i jak się zapewne domyślacie naszym zadaniem było pokona...o nie! Niespodzianka! Znaleźć rozrzucone po świecie części UFO i pomóc obcym wrócić skąd przybyli...

Grafika 2D w grze była przeciętna. Nic więcej nie można powiedzieć na jej temat. Dziwne zagadki, równie "odjechany" humor i zakręcona fabuła to cechy, które wyróżniają Wacki z grona innych polskich gier przygodowych. Była to druga i ostatnia produkcja "Siedmiu gwiazd"...

Sołtys

Kolejna przygodówka z roku 1995 firmy L. K. Avalon. Akcja dzieje w polskiej wsi. Córa Sołtysa nadal jest panną a latka lecą... Niestety dziewczyna nie została obdarzona wdziękiem i ciałem Moniki Bellucci. Swój dzień spędza przed oknem na świat, czyli telewizorem i popija sobie piwka... Z tego braku zaangażowania nie przybędzie jej męża. Sołtys ze swoją ukochaną żoną nie mogąc na to patrzeć sami znajdują lubego swojej córce. Zachowują się chytrze i aż do ślubu Leonowi (takie miał imię) nie pokazują jego wybranki. Przed ołtarzem Leon zobaczył swoje przyszłe szczęście i wykorzystując nagle ociemnienie, spowodowane zgaszeniem światła, po prostu jak to powiedział Sołtys „spie... Ekhm, spiesznie się oddala”. Trzeba było zrzucić na kogoś winę tego zajścia i oczywiście pada na bimbrownika Sołtysa. Gracz w jego skórze musi odnaleźć Leona i sprowadzić go pod sam ołtarz.

Sprawa nie jest łatwa, zagadki są trudne i trzeba się sporo nagłówkować, żeby znaleźć delikwenta. Gra już jest przestarzała pod względem technicznym, ale nadal śmieszy! Bo humor jest jej największym atutem, w końcu dobre żarty z reguły się nie starzeją. Grę można pobrać za darmo stąd

Skaut Kwatermaster

Rok 1995 L. K. Avalon atakuje grą, której akcja dzieje się w Bieszczadach, a dokładnie w miejscowości Ołobok Zdrój i jego okolicach, gdzie na obóz wybrała się grupa harcerzy, całość fabuły kręci wokół ratowania uwięzionej druhny. Już strach się bać Smile. Jest to polska kalka gry LucasArts, czyli Day Of The Tentacle. Na początku gry możemy odwiedzić Sołtysa śpiącego pod domem, a w jego domu podziwiać bimbrownię Smile.



Dalej można zobaczyć bar pełny pijanych gości, którzy jak nie wypiją to nie dożyją, bo położyć się na trzeźwo to skandal Wink. Typowo polskie lokacje, rzeczywistość, jaka nas otacza. Bieszczadzkie lasy i wsie. Gra posiada specyficzny humor, dialogi są śmieszne czasem znajdzie się jakiś dobry żart, jak opowieść Sołtysa o jego udziale w wojnie, gdzie przeszkadzały mu osy... Grafika jest słaba jak na współczesne czasy oczywiście, ale w dniu premiery tez nie zachwycała, ogólnie statyczna i powykręcana jak na obrazach Picasso. Muzyka jakaś tam przygrywa, ale lepiej tego nie słuchać. Gierki nie mogę nikomu polecić, bo teraz zagrać w nią będą tylko chcieli ludzie, których pojęcie czasu nie dotyczy. Oczywiście masochiści też nie pogardzą Smile.

Firma TopWare Interactive uraczyła nas jedną z moich ulubionych przygodówek pt. Jack Orlando. Oto krótki materiał z przebiegu powstawania gry: Założylismy sobie, że Jack Orlando będzie grą przygodową, o jakiej sami jako gracze marzyliśmy. Prace nad projektem do Jacka Orlando trwały około czterech miesięcy. Natomiast realizacja tego interaktywnego filmu animowanego zajęła nam ponad dwa lata. Na ścieżkę dźwiękową w wersji audio nakładają się naturalne efekty dźwiękowe oraz profesjonalny dubbing polski. Imponująco prezentują się również efekty świetlne, a to dzięki zastosowaniu najnowszych technik realizacji obrazu. Postacie, przedmioty i zwierzęta rysowane są jak w filmach rysunkowych i animowane w sposób wiernie odwzorowujący rzeczywiste ruchy.

Autorzy faktycznie znakomicie zrealizowali założenia - grafika jest bardzo ładna, jedna z najlepszych w grach 2D, fabuła też niczego sobie. Jedynie grywalność...można mierzyć indywidulanie - dla mnie wysoka, dla moich kolegów gra jest "nuudna, phew... i nikogo nie zabijamy?". Pod względem technologicznym a także złożonością Jack Orlando jest chyba najlepszą polską przygodówką 2D...

Tak, oto działo się w kraju miedzy Bugiem, a Odrą, gdzie żubr za rogiem i król Sobieski wsiada do gdańskiej łódki Bols i razem z Zawiszą płyną do Finlandii. Aby tam zostać wyborowymi absolwentami. L. K. Wydało Reah i dwie części Schizm. Pierwsza cześć Schizm odniosła niewątpliwy sukces, odznakę Seal of Exelence na serwisie Avault. W końcu to była wyśmienita produkcja, ale to już nowe czasy. Gry przygodowe obecnie na świecie robi grupa Adventures Company i praktycznie tylko oni. W Polsce tylko L.K. Avalon zajmuje się tym szczytnym i coraz mniej dochodowym celem. Polskie gry przygodowe nawet dziś mogą kogoś zainteresować, dlatego powstał ten artykuł, aby Wam, czyli gawiedzi Razz, przekazać tą wiedzę. Być może to zmierzch ery przygodówek, a może świt ciemności?