|
- Ciii… połuję na kłólika- rzekł Elmer, po czym zaczął powoli zbliżać się do maleńkiej nory położonej gdzieś na środku polany. Nie mógł wiedzieć, że ów „królik” chwilę później spierze go na kwaśne jabłko, wyrwie głowę i zacznie grać nią w koszykówkę…
A taki jest Max. To biały, porywczy futrzak z uszami za długimi o kilka rozmiarów, wymachujący nienagannie białym futrem i setką ostrych jak sztylety zębów. Nic, tylko przełknąć na widok takiego ślinkę i oddalić się spokojnie gdzieś na ubocze. Nie da się ukryć, że zwierzak to oddany przyjaciel, choć lubi pakować się w kłopoty i wdawać w bitki, ale mniejsza, nikt ideałem nie jest. Jego partnerem jest pies Sam, chadzający w szarym garniaku, gustownym kapeluszu no i z nieodłącznym krawatem dyndającym na nienagannie wyprasowanej koszuli. Czymże jest ów duet?
Sam i Max pracują dla organizacji Freelance Police, zaś ich zadaniem jest walka ze zbrodnią i występkiem. Niczym Starsky i Hutach tropią, tłuką i rozwiązują najbardziej nierozwiązywalne supły (inaczej najbardziej zagadkowe zagadki). Pewnego razu przełożony przydziela im zadanie odnalezienia atrakcji okolicznego cyrku- Wielkiej Stopy (a przy okazji kobiety – żyrafy, która też zniknęła). Po przekazaniu wiadomości (we „wnętrzu” małego kociaka przed kamienicą… To tylko próbka absurdalnych gagów, o których szerzej rozpiszę się już za moment) od przełożonego zaczyna się wielka (choć odrobinę za krótka) przygoda. W całą sprawę wdepnął bogacz Conroy Bumpus. Z miejsca staje się on największym, choć jednocześnie najniższym, podejrzanym…
Trzeba wam wiedzieć, że w owym pięknym czasie, kiedy powietrze było piękne, kobiety niezanieczyszczone, tudzież na odwrót, a Sierra i LucasArts zajmowały się grami przygodowymi, na świat zostało wydane jedno z najpiękniejszych dzieł. Stworzone na podstawie mało znanego wówczas komiksu Sam & Max: Hit The Road podbiło serca graczy z siłą równą mocy PIRXa, która wyzwala się, gdy w grę wchodzi zrecenzowanie dobrej przygodówki. Bardzo, ale to bardzo wielkim plusem z perspektywy czasu jest zrezygnowanie z klasycznego ongiś interfejsu zajmującego niemal trzecią część ekranu. Wszystkie czynności w stylu „zanieś”, „podnieś”, „dotknij”, czy „posłuchaj” zastąpił zgrabnie zmieniający się kursor myszki i ekwipunek dostępny po wciśnięciu odpowiedniego pudełeczka w górnym rogu ekranu. I o ile po premierze znaleźli się malkontenci, dziś nie ma wątpliwości, że był to duży krok do przodu!
Zachwyca różnorodność postaci. NPCów nie ma może aż tylu, co w najnowszych produkcjach, ale deweloper nadrobił to wyobraźnią. Zrośnięci plecami bliźniacy syjamscy, z których jeden to sympatyczny koleś, a drugi ch…uligan jakich mało, to prawdziwy majsteczyk! A i inni nie zawodzą!
Cała gra jest właściwie tylko podstawą do odegrania masy zabawnych gagów i skeczy. Jeśli kogoś bawił humor Tima Schafera w Psychonauts, winien wrócić do przyód Sama i Maxa z prędkością błyskawicy. Niektóre dowcipy tak dotkliwie atakują przeponę, że aż strach pomyśleć, co przyszykuje się nam w oficjalnie zapowiedzianej części drugiej! Z góry jednak uprzedzam- …żart nie jest dla każdego, ale jeśli kogoś bawi absurdalne poczucie humoru, zapewne będzie tarzał się po podłodze ze śmiechu! Często na tapetę brane są amerykańskie przesądy i nałogi.
Grafika zestarzała się już i to sporo. Filtry z programu ScumVM nie ratują sytuacji. Rozdzielczość jest za niska, zaś paleta kolorów- zbyt uboga. Na szczęście karykaturalne tła i postaci spod ręki mistrzów tworzących między innymi Strusia Pędziwiatra, do dziś potrafią zauroczyć. Wszystko jest takie pokraczne i karykaturalne, że na twarzy szybko pojawia się banan. Muzyka nie stanowi może kolejnej symfonii Beethovena, ale jest nieźle. Sympatyczne motywy muzyczne, towarzyszką całej gamie dobrych odgłosów. Zaś gra aktorska w intrze na początku… Co tu dużo mówić, miód. O ile lubisz kreskówki.
Już dziś można powiedzieć, że Sam i Max przetrwali próbę czasu. Po dziś dzień słyszy się o legendarnych wielkanocnych jajach weń poukrywanych, gra przytaczana jest przy okazji wielu artykułów, zaś wieści o sequelu sprawiły, że wspomnienia odżyły na dobre. Fakt- tytuł się zestarzał i nie powala już dziś tak, jak robiło ponad 10 lat temu, ale… są rzeczy, które się nie zmieniają…
|