|
Staję przed niełatwym zadaniem, rzekłbym, jednym z najtrudniejszych w karierze. Czymże jest bowiem opisanie gry pokroju Still Life, Call of Duty 2, czy King Konga- ot, kolejny bardzo dobry tytuł, ot, kolejne, piekielnie standardowa i pełna środków stylistycznych i nawiązań, aby to nikt nie wziął recenzenta (Czyt. mnie) za głąba i nieuka (a biorą i tak, oj biorą)? Niczym, to wszak jak splunąć. A jak opisać grę niemal doskonałą? Co nie zdarza mi się często, absolutnie obłędną i w pełni zasługującą na najwyższą notę? Tu zaczynają się schody- recenzent próbuje znaleźć właściwe słowa, aby oddać kunszt grafików, mozolną pracę muzyków i nie pominąć wysiłku całej reszty ekipy, a i tak po oddaniu tekstu wie, że o czymś mógł zapomnieć, coś trzeba było opisać lepiej. I, gdybym mógł, zapewne zawarłbym mój tekst w jednym słowie pisząc "obłędna", ale to zapewne nie przekona nikogo...
I gafą byłoby już na wstępie nie wspomnieć kilku nazwisk. Benoit Sokal to francuz, znany rysownik (to on wymyślił "Canarado"!), twórca doskonałych komiksów, do których sam pisze scenariusze, i sam rysuje ilustracje. To za sprawą jego wyobraźni powstało Amerzone, gra niedoskonała, ale pokazująca twórczy potencjał nieznanego wówczas studia Microids. Niewątpliwym sukcesem okazała się za to Syberia- opowieść o przemijaniu o tym, że nic nie trwa wiecznie i piękny sen zawsze kiedyś się kończy. Podejmowała wiele, niemal filozoficznych zagadnień. Czy w dzisiejszym świecie jest jeszcze miejsce dla mamutów? A wraz z nimi dla dziecięcych marzeń? Szalenie optymistyczna, piękna opowieść, która wyciskała łzy i wzruszała lepiej niźli setki brazylijskich telenowel (które, nawiasem mówiąc, wywołać jakiekolwiek uczucia mogą chyba tylko w znudzonych gosposiach domowych), była w pewien sposób autentyczna, bowiem przekazywała wiele prawd i zmuszała do refleksji jak mało co. Co w niej było niezwykłego? Wszystko! Piękna grafika, stworzona na podstawie rysunków Benoita, muzyka autorstwa duetu Dimitri Bodiansky & Nicolas Varley, która wgniatała w fotel, zaś szczególnie już motyw przewodni, który znam i nucę do dziś! (Choć nie tak często jak ten z części drugiej, gdzie, wedlug mnie, utwory są jeszcze bardziej fenomenalne. Inon Zur, ich kompozytor, zaprawdę zasługuje na mój wieczny szacunek i uwielbienie). Nie da się ukryć, że w oprawie jest i było, i w części pierwszej, coś wyjątkowego. Niezwykła magia, która sprawia, że czasem włączałem menu, aby posłuchać melodii pana Zura i zatonąć w oceanie marzeń... Jednak zboczyłem z tematu, a wypadałoby coś niecoś napisać o nowym projekcie pana Sokala- Paradise. Po ukończeniu Syberii II i rozstaniu się z Microids, które popadło wówczas w straszne kłopoty finansowe, rysownik założył White Birds, studio w którym realizuje swoją nową wizję. To opowieść rozgrywająca się w Afryce, której bohaterką jest dziewczyna poszukująca swojego ojca, dyktatora. Niestety, wskutek uderzenia w głową traci ona pamięć... Jeśli wszystko poszło dobrze, zapewne w tym numerze możecie już przeczytać zapowiedź elma, zaś jeśli nie... Parę miesięcy temu, kiedy gra miała nazywać się jeszcze The Lost Paradise, sam napisałem o niej coś niecoś i, jakżeby inaczej, myślę, że szykuje się naprawdę wielki hit!
Powracając do sedna- Syberia 2 zaatakowała 2 lata temu. Od początku wiadome było, że Microids pracuje nad drugą częścią, gdyż "jedynka" kończyła się w kluczowym momencie, wyraźnie zapowiadając sequel. Dystrybucją zajęła się Cenega. Wita nas zaskakująca dobry motyw przewodni, orkiestrowy, chwytający za serce i rozkładający na łopatki. Jak żyję nie zdarzyło mi się jeszcze usłyszeć niczego bardziej genialnego. Kontynując jednak, Hans Voralberg, ułomny wynalazca i Kate Walker, młoda prawniczka z Nowego Jorku jadą swym mechanicznym pociągiem w kierunku Syberii, wyspy położonej w oceanie. Ludzie mówią, że Syberia nie istnieje, ale ludzie się mylą. Pierwsza stacja to maleńka wioska gdzieś w Rosji... Nie chcę wam zdradzać fabularnych zawiłości, gdyż zbrodnią błoby mówić o grze choćby ciut więcej. To każdy musi zobaczyć i przeżyć. Powiem tylko, że tytuł wywołuję niesamowitą nostalgię, a zarazem trzyma w napięciu do ostatniej zagadki. Znacznie poprawiono... cutscenki, bynajmniej nie na silniku gry. Teraz chętnie do nich wracałem i długo po ukończeniu oglądałem jeszcze fenomenalny koniec i scenę, w której Kate i Hans uciekają przed Patriarchą.
Cóż - oprawa graficzna tylko zyskała. Wciąż tła tworzone na podstawie tysunków mistrze Benoita zachwycają. Do tego, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ożywiono je. Gdzieś spacerują wilki, lecą ptaki, przechadzają się ludzie, prószy śnieg. Mam też wrażenie, że przyłożono rękę do postaci i zastosowano wreszcie odpowiednie wygładzanie krawędzi. Jest coś, co mogę zarzucić- nieco sztywną animację postaci, choć nie przeszkadza ona bynajmniej w grze.
Różnorodność doznań jakie towarzyszą graczowi jest ogromna. Są choćby sceny iście psychodeliczne, jak powrót do Valadileine, czy spotkanie z szamanką Jukoli. Gwarantuję, że kupując drugą Syberię ani chwile nie będziesz się nudził! Pościgi, odkrycia, zagadki, to to, co każdy fan gier przygodowych lubi najbardziej. Mniej jest zagadek stricte mechanicznych, co nie znaczy, że nie pogrzebiemy sobie w wynalazkach Voralberga. Postawiono na klasykę i chyba zresztą ta zmiana wyszła na dobre. Obie części są na tyle proste, że przy odpowiednim samozaparciu nawet laik ukończy je z pieśnią na ustach. Zabrakło mi ciut rozmów telefonicznych, którech jest o stokroć mniej niż u poprzednika, choć wiele nowych elementów, które z kolei programiści wprowadzili, rekompensuje ten fakt. Coś się tu zmieniło, a zarazem to wciąż ta stara, dobra Syberia. Zmodyfikowano nieco interfrejs, upiększono grafikę i menu.
Przygód Kate nie wypaczono z poczucia humoru. Wciąż przez ekran przewija się Oskar, zaś niektóre dialogi powodują pojawienie się małego banana na ustach. Nie zmnienia to faktu, iż piękno gry tkwi właśnie w tym, że chwyta ona gracza za serce. Jest czymś więcej, niźli tylko grą przygodową. Warto doń wrócić, wspomnieć, rzec ciepłe słowo... Postaci niezależnych jest wiele, podobnie jak lokacji. Poprawki zaś wszysły tylko na dobre!
Nie umiem powiedzieć na przygody panny Walker złego słowa. Gra zauroczyła mnie swego czasu i pochłonęła bez reszty. Doskonała oprawa idzie w parze z niezwykłą fabułą. Długo możnaby się jeszcze rozwodzić opisując jej wspaniałości, jednak prawda jest taka, że, jak pisałem, żadne słowa nie oddadzą piękna Syberii. Na koniec powiem wam tylko, że każdy z was, gdzieś tam, ma zapewne swoją Syberię. Czy tego dziecięcego marzenia na pewno nie można zrealizować? Każdy z nas jest przecież potrosze dzieckiem...
|